Historia zna przypadki kiedy solowa kariera po wcześniejszych występach w zespole udała się w stu procentach. Nie dziwi więc, że wiele gwiazd różnego formatu próbuje swoich sił i z mniejszym bądź większym skutkiem odcina muzyczne kupony. Bywa i tak, że czasem dana gwiazda zwyczajnie chce stworzyć coś nowego, eksperymentować z dźwiękami, a zespół zdecydowanie w tym nie pomaga. Co wtedy robić? Na to pytanie odpowie Wam Andy Black, który poszedł dokładnie tym tropem…
Andy Biersack to 26-letni muzyk, którego znaczna część publiczności może kojarzyć z zespołu Black Veil Brides gdzie pełni rolę wokalisty. Artysta postanowił jednak iść krok dalej i zaczął działać solo przybierając tym samym pseudonim sceniczny – Andy Black. Nie da się ukryć, że jak na tak młody wiek ma on spore doświadczenie. Na swoim koncie wraz z grupą ma aż cztery albumy studyjne, liczne nagrody oraz rzesze oddanych fanów. Jednak pewnego pięknego majowego dnia 2014 roku podczas wywiadu z magazynem Kerrang! artysta postanowił z lekka zszokować fanów. Wyjawił on bowiem swoje plany dotyczące solowego projektu. Wyjaśnił również, że jego chęć działania w pojedynkę zrodziła się z poczucia obowiązku do tworzenia całkowicie innych – niż tych z zespołem – dźwięków. Dodał również, że nie dałby rady zrealizować tych zamiarów z Black Veil Brides, dlatego też postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. I tak oto „powstał” Andy Black.
Artysta od razu zabrał się do roboty. Przy swoim debiutanckim solowym projekcie współpracował z producentami odpowiedzialnymi za brzmienie takich zespołów jak Fall Out Boy, My Chemical Romance, All Time Low czy Blink-182. Jak widać grono zacne, dlatego nie dziwi fakt wysokich oczekiwań w stosunku do albumu. I w końcu nadszedł wyczekiwany moment – 10 czerwca 2016 roku kiedy to na sklepowe półki trafił krążek zatytułowany The Shadow Side. Zanim przejdziemy do sedna sprawy lojalnie uprzedzam: nie znajdziecie tu żadnych porównań do jego twórczości z grupą Black Veil Brides – pod uwagę biorę tylko to, co postanowił zamieścić na swoim debiutanckim wydawnictwie.
Zazwyczaj pisząc recenzje staram się segregować piosenki do różnych kategorii – wszystko po to, aby tekst był przejrzysty i dało się go lepiej czytać. Niestety, Andy Black nie ułatwił mi tego zadania, bo… wszystkie piosenki brzmią względnie podobnie. Co prawda jest parę perełek, dlatego postanowiłam nie skreślać tego albumu od razu. Po kilku przesłuchaniach można stwierdzić, że jest to porządny kawał dobrego punk-rocka.
Płytę otwiera kompozycja Homecoming King, a tuż za nią uplasował się pierwszy singiel (tak, to ten, który leci ciągle w każdym radiu) – We Don’t Have to Dance. Obie kompozycje są taneczne, żywe i słychać, że mimo wszystko Andy nie odciął się od korzeni i stylistyki. Te dwie kompozycje prezentują wyraźnie jak można w ciekawy sposób ukazać prawdziwe „niezadowolenie” wewnątrz imponujących kompozycji z pogranicza popu i rocka. Co więcej, o ile ta druga jest typowo stworzona pod komercyjnego słuchacza, to ta pierwsza już niekoniecznie. Spodziewałam się większej petardy jak na piosenkę otwierającą album. Jednakże, nie warto umniejszać jej roli. Homecoming King urzeka zaś emocjami, które możemy usłyszeć chociażby w refrenie. Za to zdecydowanie plus.
Kolejna kompozycja to właśnie – moim zdaniem – perełka o której wspominałam wcześniej. Mowa tu o utworze Ribcage. Od pierwszego przesłuchania zakochałam się w tej energetycznej, szalonej i bardzo dynamicznej nucie. Jak zwykle urzeka bardzo męski wokal Blacka. Nie da się ukryć, że ten kawałek to typowy kawałek do podśpiewywania – wpada w ucho w błyskawicznym tempie. I zdecydowanie można mu bez problemu przykleić łatkę hitu klubowego.
Słuchając dalej albumu The Shadow Side odniosłam wrażenie, ze Andy umieścił na nim dużo piosenek „wypełniaczy”. Na całym wydawnictwie znalazło się ostatecznie 13 utworów… z czego większość brzmi względnie podobnie i w połowie odsłuchu zaczęłam się nużyć. Stay Alive ma bardzo ciekawy początek, przyciąga uwagę, ale nie da rady utrzymać słuchacza do samego końca (przynajmniej nie mnie). Okropnie monotonna w ostatecznym rozrachunku. Dokładnie analogiczną sytuację mamy przy kolejnym kawałku – Love Was Made To Break. Wokal Andy’ego naprawdę imponuje, słychać, że chłopak stara się pokazać inną, spokojniejszą stronę swojego warsztatu. Niestety, piosenka jest zwyczajnie nudna, oparta na jednym motywie i to bez większego szału. W pewnym momencie do bólu przypomina swoją poprzedniczkę. Do tej grupy mogę również zaliczyć Broken Pieces, które jest zwyczajnie za wolne do ogólnego wydźwięku całej kompozycji, a chóralne śpiewy na początku są nie na miejscu i nie pasują do reszty.
Dalej jest lepiej. Beautiful Pain ciekawie się zaczyna i zaskakuje. Refren jest ciut bardziej dynamiczny od całej reszty, co urozmaica piosenkę. Put The Gun Down również wybija się na tle pozostałych kawałków. Cała gama emocji, którą przedstawia nam Black jest wprost cudowna. Słychać, że artysta bardzo osobiście podszedł do tej kompozycji co się ceni, bo temat który porusza jest bardzo trudny. Dlatego to tutaj właśnie chciałam wspomnieć o tekście za który Black powinien dostać ode mnie dziesiątkę. Opowiadanie o próbie samobójczej nigdy nie jest łatwe, proste. Bez wątpienia Andy zabrał się do niego z rozwagą i empatią. Prowadzi monolog z perspektywy samobójcy. Prosi o pomoc, wylewa wszystkie złe rzeczy które w nim siedzą. Daje również nadzieje na dobre jutro i na to, że nie jesteśmy sami, bo zawsze jest ktoś, kto każe nam odłożyć tytułową broń. Szkoda, że w dzisiejszych czasach tylko teksty o przysłowiowym niczym mają przebicie… a dla Andy’ego jedno wielkie chapeau bas. Brawo!
Ciekawą odmianą jest także energiczne Drown Me Down, które po emocjonalnym Put the Gun Down daje swego rodzaju oddech. Nie ma jednak najlepszego startu, ale całą resztą rekompensuje swój falstart – ciekawą modulacją głosu oraz dobrze zaznaczoną sekwencją bębnów.
Album The Shadow Side zamyka kompozycja The Void. Zaczyna się powoli, by w refrenie rozwinąć tempo. Ciekawie prezentuje się w tym utworze pianino, które odgrywa pod koniec kawałka pierwszorzędną rolę, jednakże całość skrada saksofon, który nadaje melodii tego wyrazistego charakteru. Całokształt dużo spokojniejszy od większości piosenek zawartych na albumie przez co The Void wydaje się idealnym wyborem na piosenkę zamykającą.
Podsumowując, The Shadow Side ma zarówno dobre jak i słabe momenty, przez co wydaje się krążkiem nierównym. Warto jednak zaznaczyć, że tych pozytywnych aspektów jest troszkę więcej, dlatego opłaca się dać temu krążkowi drugą szansę… Jednakże, przez cały odsłuch albumu miałam nieodparte wrażenie, że piosenkarz zwyczajnie zmarnował swój potencjał wrzucając na krążek utwory zapychacze. Na plus jawią się również teksty, które poruszają trudne tematy, pięknie obrazując emocje, uczucia, nie będąc równocześnie oklepaną papką jaką mamy (nie)przyjemność słuchać codziennie w radiu. Andy Black pokazał przysłowiowe jaja robiąc muzykę taką jaką chciał i konsekwentnie się tego trzyma, za co należą mu się brawa. Jeżeli będzie dalej szedł wytyczoną przez The Shadow Side drogą i postanowi poprawić trochę produkcję i poeksperymentuje więcej z brzmieniem to wróżę mu udaną solową karierę.


całkiem przyjemny album ;)
Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.