AlunaGeorge – I Remember (2016), recenzja Pawła Markiewicza

0
164

Po trzech latach przerwy duet AlunaGeorge powraca w nowo-starej odsłonie. W starej, bo konsekwentnie trzymają się brzmień z debiutanckiego krążka. W nowej, ponieważ brzmią zupełnie inaczej niż za czasów pierwszej płyty. Brzmi trochę kuriozalnie. Wiem. Tę dziwną sprzeczność wyjaśnię w dalszej części recenzji. A więc do dzieła.

AlunaGeorge już przy pierwszej płycie obrali sobie określony kurs muzyczny – postawili na electropop z domieszką popu. Owszem, ideę kontynuują ciągle, ale z zupełnie innym zamysłem. O ile debiutancki krążek powstał bez udziału osób trzecich, o tyle I Remember to efekt pracy wielu producentów, gości i songwriterów. Brak pomysłu na siebie, a w konsekwencji nacisk wytwórni? Bardzo możliwe.

Nowa płyta traci w oczach ze względu na ilość gości. Duet AlunaGeorge tym sposobem pozbył się całego klimatu. Potwierdzenie moich słów znajdziemy chociażby w dwóch singlach: I’m in Control (tutaj bit siada mocno) i Mean What I Mean. Piosenki same w sobie są dobre (od muzyki po produkcje) do czasu. Do czasu kiedy wkraczają goście, którzy psują dosłownie wszystko. Męczą ucho. Wolałbym posłuchać solowych wersji, które przypuszczam, byłyby o niebo lepsze. Teksty typowo komercyjne, lekkie i niewymagające.

Promocja I Remember przebiega w dość dziwny sposób. Jeszcze przed premierą płyty zostało wydane (aż) 5 utworów promocyjnych. Od czasu trafienia krążka na półki sklepowe, nie został ogłoszony żaden nowy singiel. Na promocję, oprócz dwóch wyżej wspomnianych kompozycji, trafiły: I Remember, które kompletnie nie oddaje klimatu płyty i nie wiem jakim cudem znalazło się to na krążku i co więcej jeszcze go promowało, usypiające i monotonne Mediator (które bądź co bądź ma dobry tekst) i My Blood, które powstało we współpracy z ZHU. Steven odwalił kawał dobrej roboty, ponieważ MB to jedna z najmocniejszych kompozycji na longplay’u.

Co najśmieszniejsze, najlepsze piosenki nie zostały wypuszczone w świat. Wyśmienite pod każdym względem Not Above Love, w którym zakochałem się od pierwszego słuchania. Ta kompozycja powinna być lead singlem. Ma wszystko, co potrzebne jest w odniesieniu sukcesu przy dobrej promocji. Zmiana tempa, chwytliwy refren, który chodzi za mną pół dnia, a wisienką na torcie jest prosty tekst, który ma w sobie coś ciekawego. Na tle całego wydawnictwa dobrze wypada również lekko taneczne Hold Your Head High z interesującym muzycznie refrenem.

Ambiwalentnie podchodzę do Heartbreak Horizon, które jest dobrze wyprodukowane, ale brzmi tak słodko-popowo, że aż brak mi słów. Słucha się tego przyjemnie, ale brzmieniowo i klimatycznie totalnie odstaje od całości płyty. Ta piosenka po prostu tam nie pasuje. Krążek I Remember zamyka Wanderlust. Kompozycja, którą do połowy można posłuchać, później robi się cholernie męcząco i monotonnie. W drugiej części nie dzieje się zupełnie nic nowego, efektownego. Tutaj czegoś zabrakło, przez co Wanderlust wpada jednym uchem, a wypada drugim. Zakończenie albumu wypada kiepsko.

Płyta z zewnątrz może wydawać się mocno spójna, jednak kiedy wejdziemy w nią „głębiej” zobaczymy niespójność, która spowodowana jest obecnością wielu producentów. Na krążku znajdziemy zarówno mocne, taneczne utwory jak I’m in Control, ale również typowe zamulacze jak Mediator, które nie powinny ujrzeć światła dziennego. Do tego należy dołożyć tę dziwną, nieprzemyślaną promocję. Duet w pewnym stopniu zrobił krok naprzód, tylko czy jest to zasługa ich własnego ja, czy może innych producentów?