All About Music na Kraków Live Festival 2015, relacja Aleksandry Żeleźnik

W dniach od 20 do 22 sierpnia w Krakowie odbyła się kolejna edycja Kraków Live Festival. Wydarzenie powróciło po roku przerwy serwując publiczności gwiazdy obracające się w różnych gatunkach muzycznych. I choć sezon na festiwale powoli dobiega końca, warto jeszcze wspomnieć kilka słów o tym jakże ciekawym wydarzeniu, które niedawno się zakończyło.

Na dwóch scenach w ciągu trzech dni wystąpiło 18 gwiazd. Każda świecąca innym blaskiem, mająca trafić do innego rodzaju publiczności, jednocześnie zadowolić gust muzyczny każdego. Przeczytajcie jak się zaprezentowały i czy rzeczywiście festiwal po roku przerwy powrócił z przysłowiowym hukiem.

Dzień pierwszy

Pierwszego dnia festiwalu (tj. 20 sierpnia) na słuchaczy czekała piękna pogoda i genialna energia, którą na samym początku dostarczył Taco Hemingway. Młody artysta zaprezentował swój materiał, niestety garstce festiwalowiczów, którzy pierwsi dotarli na miejsce. Ku mojej radości w trakcie trwania koncertu pojawiało się coraz więcej ludzi, co bardzo ucieszyło muzyka, który coraz bardziej angażował się w swój występ. Na głównej scenie po półgodziny rozbrzmiały melodie serwowane przez polski zespół KAMP!. Panowie grający muzykę z pogranicza synth-pop, house’u oraz chill-wave’u zebrali pod sceną niezłą grupkę, która tak jak ja chciała posłuchać tej wybuchowej mieszanki. I nie zawiodłam się. Muzycy cały repertuar zaprezentowali z najwyższą starannością i co najważniejsze – z uśmiechem na ustach dziękując publiczności za przybycie.

Aurora – zdecydowanie jedna z dwóch niespodzianek dnia pierwszego. Subtelny, delikatny, skromny, melancholijny – w tych słowach można opisać jej występ. Głos marzenie, który rozkochał w sobie niejednego sceptyka. Warto dodać, że po występie artystka chętnie rozdawała autografy i pozowała do zdjęć z fanami. W tym samym czasie na Main Stage dało się usłyszeć zespół Viet Cong, który zaprezentował zupełnie coś innego, odmiennego w stosunku do Aurory. Grupa brzmiała ostrzej, dosadniej, a całość dopełniał głęboki głos wokalisty, który niestety, miałam wrażenie przegrał w rywalizacji o widownię z młodą koleżanką po fachu.

Przyszedł czas na Low Roar. Panowie postawili na nowe brzmienia swoich utworów. Mało było tak przez wszystkich uwielbianej w nich delikatności, która w większości ustąpiła miejsca elektronice i dubstepowi. Niektórzy byli zawiedzeni, jednak osoby nieznające ich wcześniejszych dokonań (tak jak ja) mogły czuć się usatysfakcjonowane. The Maccabees, zespół, który był równie wyczekiwany, co headliner dnia pierwszego. Kilkanaście minut przed występem, pod sceną panował istny szał. Każdy czekał by usłyszeć na żywo materiał z ich nadchodzącej płyty. Nie zawiedli. Grupa oprócz największych hitów wykonała kilka świeżynek. Można było odnieść wrażenie, że muzycy zaskoczeni byli popularnością swojej twórczości w naszym kraju. Nie kryli wzruszenia, gdy publiczność śpiewała razem z nimi, a wokalista oprócz swojego oryginalnego głosu ukazał także swoją wrażliwość i skromność.

Ostatni występ przed gwiazdą dnia pierwszego należał do zespołu Ratatat. I właśnie tutaj warto nadmienić, że to ten występ jest moim osobistym – drugim zaskoczeniem. Oprócz elektronicznej muzyki połączonej z dźwiękami gitary basowej i gitary elektrycznej, festiwalowicze mogli zobaczyć występ. Dosłownie, bo cały koncert uświetniony był pokazem laserów, które genialnie współgrały z muzyką tworząc jedność. Oprócz tego, na telebimie za muzykami wyświetlały się zdjęcia prezentujące charakterystyczne dźwięki poszczególnych utworów. Niestety jak to na festiwalach bywa, to właśnie oni mieli ten zaszczyt i jednocześnie pecha grać przed headlinerem. W pewnym momencie ludzie wychodzili z Kraków Stage by udać się pod scenę główną, bo za moment miał się odbyć główny koncert dnia pierwszego.

I o to jest, chwila, na którą czekali chyba wszyscy – występ zespołu Foals, który miał zwieńczyć dzień pierwszy Kraków Live Festival 2015. I tak się właśnie stało. Cały namiot Main Stage wypełnił się ludźmi. Ci, którzy nie mogli dostać się do środka stali na zewnątrz słuchając koncertu. Energia udzielała się wszystkim. Po pierwsze publiczności, która żywo reagowała na największe hity zespołu oraz na nowy materiał. Najwyraźniej było to widać w momencie, gdy przy ostrzejszych kawałkach po jednej stronie sceny utworzyło się pogo. Po drugie artystom. Wokalista Foals – Yannis, kilkakrotnie wchodził w tłum, przybijając widowni piątki, stawał na podwyższeniu, łapał flagę i powtarzał jak wspaniała jest polska publiczność. Warto dodać także, jak pięknie rozbrzmiewał jego głos, który niósł się daleko na krakowskich Błoniach. Czyste dźwięki, charakterystyczna barwa i dobry warsztat wokalisty – to właśnie w tym tkwi sukces zespołu. Oczywiście poza wspaniałymi utworami, charyzmie i oryginalnemu stylowi muzycznemu, który urzeka od pierwszego przesłuchania. W Krakowie jak dla mnie to właśnie Foals świecili najjaśniej.

Idealne zamknięcie dnia pierwszego festiwalu, który powrócił po roku przerwy.

Dzień drugi

Drugiego dnia mniej więcej wiedziałam, czego się spodziewać. Poprzedni dzień urzekł mnie bezgranicznie, dlatego z niecierpliwością czekałam na kolejne koncerty. Na pierwszy ogień w piątek (tj. 21 sierpnia) poszedł polski zespół incognito – BOKKA. Formacja jak zwykle nie zawiodła, bo i tym razem nie dowiedzieliśmy się, kto stoi za tym projektem, ALE nie zawiedli również pod względem artystycznym. Pełne dźwięki, dobra akustyka, oryginalny styl i świeży wokal zapewniły im spory tłum jak na tak wczesną porę. Jedyne, do czego można się przyczepić jest fakt, iż sprzęt, dzięki którym porozumiewali się z publicznością na ekranie zacinał się by w efekcie końcowym zepsuć się całkowicie. Nie przeszkodziło to grupie dać niezły popis swoich umiejętności i rozgrzać zebraną publiczność.

Drugim występem dnia był koncert duetu Rasmentalism. Panowie dwoili się i troili by zabawiać publiczność, co nie było takie trudne, bowiem festiwalowicze oddali im się bez reszty. Reagowali żywo na interakcję z wokalistą, bawili się i śpiewali refreny razem z nim. Jedno z pierwszych zaskoczeń dnia drugiego.

Po zaprezentowaniu się polskich wokalistów przyszedł czas na gwiazdę zagraniczną. Była nią Georgia, która niczym torpeda weszła na scenę, usiadła przy perkusji i zaczęła swój pokaz. Nie spodziewałam się, że za burzą czarnych loków może się kryć taka silna osobowość. Na pierwszy rzut oka widać było jak wokalistka cieszy się ze swojego koncertu w naszym kraju. Pokazywała to za każdym razem, gdy dziękowała publiczności. Ogromna dawka energii, świeżości i pięknego głosu, który rozbrzmiał jak dzwon.

Wild Beasts to kolejna pozycja. Panowie do Krakowa przywieźli trochę indie-rocka lat 90. Trzeba przyznać jasno, że ten koncert mnie nie zachwycił. To nie moje klimaty. Jedno jest pewne – publiczność zgromadzona pod Main Stage nie narzekała, bo za każdym razem, gdy Panowie kończyli utwór, z namiotu dobiegały głośne brawa i wrzaski. Na plus zasługuje również fakt, że wokalista grupy wplatał w swoje wypowiedzi pojedyncze słowa po polsku, co również wywoływało pozytywną reakcję tłumu.

Kobieca siła. Tak można opisać występ następnej artystki. Osobiście uważam, że to ona powinna być headlinerem dnia drugiego. Tak się jednak nie stało. Mowa tu oczywiście o , która pojawiła się na Kraków Stage. Nie musze dodawać, że namiot wypełniony był po brzegi. Sama artystka była pełna energii, wkładała całe serce w swój występ. Kilkakrotnie schodziła do publiczności, a nawet pod koniec dała się ponieść tłumowi. Publiczność z każdą następną piosenką szalała coraz bardziej. Apogeum nastąpiło wraz z pierwszymi dźwiękami hitu Lean On. Wszyscy skakali, bawili się, tańczyli, śpiewali. Jedyne, co mnie zasmuciło to to, że w górę powędrowało mnóstwo telefonów by nagrać tylko ten występ. No cóż… nie zmienia to faktu, że jej występ zasługiwał na miano headlinera. Tak jak wspomniałam wcześniej, kobieca siła górą (której było w tym roku na festiwalu tak mało, nad czym okropnie ubolewam)!

Po wybuchowej mieszance, jaką był koncert MØ przyszedł czas na zespół TV on the Radio. Panowie dali z siebie wszystko. Dobrze brzmiące bębny, wyraziste dźwięki gitary, a także ciekawy repertuar sprawiły, że pod sceną pojawił się tłum. Mam nadzieję, że to wszystko dzięki wyżej wymienionym zaletom, a nie faktem, że to właśnie po nich na tej samej scenie miał się pojawić Kendrick Lamar.

Na ten występ czekałam cały dzień. O zespole słyszałam wiele, piosenki też kojarzyłam, ale to co się działo na koncercie przerosło moje wyobrażenie. Future Islands, bo właśnie o nich mowa byli wszystkim. Po raz pierwszy w Polsce, po kilku piosenkach oczarowani publicznością. Z wzajemnością oczywiście. Niepozorny wokal, który nagle przemienia się w growl? Tak, to miało właśnie miejsce i zaskoczyło mnie niesamowicie. I nie tylko mnie, bo cała widownia słuchała jak w refrenach głos wokalisty rozbrzmiewał całkowicie innymi dźwiękami niż w zwrotce i to było magiczne. A słynny taniec Gerrita Welmersa? To osobna historia, której nie da się opisać, to trzeba po prostu zobaczyć. Wulkan energii – te dwa słowa idealnie oddają klimat całego koncertu.

No i nareszcie można by rzec nadeszło to, na co czekali wszyscy. Co prawda spóźniony 15 minut (dzięki temu festiwalowicze mogli wysłuchać do końca występu Future Islands), ale przyjęty owacjami i wrzaskami Kendrick Lamar pojawił się na scenie. W strefie VIP zrobiło się gęsto, bo każdy chciał widzieć wyraźnie cały koncert. Publiczność ciasno ubiła się w namiocie. Sytuacja się powtórzyła – ludzie stali poza wyznaczoną strefą na namiot i słuchali, co raper ma nam do zaprezentowania. Gdy rozbrzmiały pierwsze nuty rozpoczął się istny szał. Widownia skandowała imię rapera by później śpiewać z nim każdą pojedynczą piosenkę. Kendrick Lamar był królem. Robił z publicznością, co tylko chciał. I pomimo że nie słucham tego typu muzyki to niesamowitym było zobaczenie go na żywo. Na scenie czuł się jak ryba w wodzie. Na Main Stage wspomagało go kilkoro muzyków, z czego najbardziej w pamięć zapadła mi perkusja. Zdecydowanie jedna z lepiej brzmiących podczas całego festiwalu. Kendricka Lamara pożegnały głośne brawa, okrzyki i podziękowania za bezprecedensowe zamknięcie drugiego dnia festiwalu. Aż żal było wracać do hotelu.

Dzień trzeci

Dzień trzeci upłynął ze świadomością końca mojej przygody z tegoroczną edycją Kraków Live Festival. Pierwszy koncert dodatkowego dnia rozpoczynał się dopiero o 18, dlatego też skorzystałam z możliwości udania się na Kiermash, który był dodatkową atrakcją towarzyszącą temu wydarzeniu. Po oglądnięciu i ukazaniu swojego zachwytu nad nowoczesną modą ruszyłam na krakowskie Błonie. Supportem dla gwiazdy wieczoru był raper O.S.T.R. Artysta zabrał publiczność w sentymentalną podróż w przeszłość opowiadając trochę o swoim życiu, o wyznawanych wartościach. To właśnie on niekwestionowanie wygrywa w kategorii „Najlepszy kontakt z publicznością”. Ciekawie wplatał opowiadane przez siebie historie w symbolikę tekstów. Publiczność bawiła się świetnie, powtarzając i śpiewając refreny razem z nim.

O godzinie 20 nastał kulminacyjny moment, który był również zakończeniem festiwalu. Zespół Rudimental pojawił się na scenie. Wrzawę i podniecenie wynikające z czekania dało się czuć w powietrzu. Wszyscy wypatrywali hitów, które miała nam zaprezentować grupa. Niektórzy powiedzą, że banalne. Inni stwierdzą, że komercyjne. A ja od siebie dodam: i co z tego? Gdy tylko cała ekipa weszła na scenę namiot oszalał. Jak zwykle frekwencja dopisała (warto wspomnieć, że posiadacze karnetów dwudniowych wchodzili za darmo). Pod sceną był tłum. Rudimental doskonale wie jak rozkołysać publiczność. Hity, które zaserwowali znał każdy w namiocie. Starsi, młodsi, chłopcy czy dziewczęta – wszyscy kołysali się, tańczyli i wygłupiali na tym prawie dwugodzinnym koncercie. Zespół dał z siebie sto procent. Muzycy zachowywali się tak jakby chcieli nas zaprosić do swojego świata. I udało im się, bo w rytm takich przebojów jak Waiting All Night, Bloodstream czy Feel the Love bawili się wszyscy. Jedynym minusem, który trochę popsuł koncert był brak tak wyczekiwanego przez wszystkich bisu. Kraków Live Festival 2015 miał zakończyć się z hukiem i tak właśnie było.

Moje subiektywne top5, tego, co muzyką nie było, a wpłynęło na ogólny odbiór festiwalu:

  1. Line-Up: Niektórzy na samym początku zarzucali organizatorom, że ogłoszeni artyści są kiepscy, że tak naprawdę nie ma żadnej porządnej gwiazdy, że po roku przerwy festiwal powinien zaserwować publiczności coś z przytupem. Wbrew pozorom udało im się to. Zaproszeni artyści dali z siebie wszystko, energia rozpierała każdą scenę. Dodatkowym plusem jest fakt, iż w Krakowie przez te trzy dni przewinęli się muzycy z rożnych światów muzycznych od elektroniki, popu, rocka i indie-rocka. To się ceni – każdy mógł znaleźć coś dla siebie.
  2. Atmosfera: To jedna z rzeczy, która zaskoczyła mnie najbardziej. Ludzie pod sceną, na leżakach wsłuchiwali się w dźwięki muzyki z pełną uwagą. Wiadomo, nie każdy był zachwycony poszczególnymi występami, ale jedno trzeba przyznać: podczas występów headlinerów konkretnych dni nie było ani jednego festiwalowicza, który by narzekał. Szał pod sceną, pozytywne wibracje dały się we znaki każdemu.
  3. Atrakcje dodatkowe: Kraków Live Festival 2015 to nie tylko muzyka. Oprócz koncertów na uczestników czekała masa dodatkowych aktywności, m.in. Kiermash (targ poświęcony modzie), tańsze wejścia do poszczególnych muzeów czy darmowe zwiedzanie Mocaku na terenie festiwalu. Dla każdego coś dobrego.
  4. Lokalizacja: Nie od dziś wiadomo, że ważniejsze wydarzenia, które dzieją się w Krakowie odbywały się właśnie na Błoniach. Ten ogromnych obszar jest w stanie pomieścić masę ludzi. Na festiwal został wyznaczony określony teren, który bez problemu zapewnił odpowiednią przestrzeń festiwalowiczom. Dwie sceny, punkt sanitarny, strefa gastronomiczna – wszystko było pod ręką. Za to plus.
  5. Organizacja: Słyszałam opinie, że pod tym względem impreza straciła na wartości. Organizacja według niektórych była kiepska, nie udawało się znaleźć pracowników ochrony, o wszystko trzeba było się prosić. Jednak z mojej perspektywy wszystko było jak najbardziej w porządku. Osoby zajmujące się pilnowaniem porządku, co jakiś czas przechadzały się i monitorowały teren. Informacja także, co chwila służyła pomocą. Nie wiem, może tylko ja miałam tyle szczęścia i wszystko działało tak jak powinno. Co do organizacji samych koncertów: wizualizacje występów były dobre, zdarzały się jednak pojedyncze wpadki. Nagłośnienie było w porządku, koncerty nie były opóźnione, wszystko poszło zgodnie z planem.

Kraków Live Festiwal jak już wcześniej wspomniałam powrócił po roku przerwy. Niestety nie mogę porównać tegorocznej edycji z poprzednimi. Wiem jedno: gwiazdy były, różnorodność była, a to właśnie ona powinna odgrywać najważniejszą rolę na tego typu festiwalach. Tak, aby każdy mógł znaleźć coś dla siebie. I dokładnie tak było. Hip-hop, pop, rock. Z całą świadomością mogę stwierdzić, że Kraków na te trzy dni zamienił się w małopolską stolicę muzyki. Kto nie był niech żałuje, bo było warto.

Czytaj również