Filip i Zuzanna wychwalają w niebiosa dwa pierwsze krążki Alicii Keys, a psioczą na The Element of Freedom. Ja mam odwrotnie i może dlatego mam lekki problem z najnowszy albumem Alicii – Girl on Fire.
Pierwsze co trzeba zaznaczyć – ten album nie jest on fire. Wręcz przeciwnie, przeważa na nim spokój, cisza, opanowanie. To dobrze, jednak… Jeszcze raz tutaj przywołam recenzje Filipa i Zuzanny, które już mieliście okazję przeczytać. Obydwoje oni piszą, że kochają dwa pierwsze krążki Alicii Keys, lubią As I Am i psioczą na The Element of Freedom. U mnie jest dokładnie odwrotnie. Cenię sobie Songs in A Minor i The Diary of Alicia Keys, wielbię Fallin’ i uważam, że to najlepszy utwór Alicii. Całościowo jednak dwa te albumy nie trafiają jakoś do mojego TOP 10 czy TOP 20. As I Am był albumem świetnym, jednak to dopiero The Element of Freedom na stałe zagościło w moim odtwarzaczu i zdecydowanie jest najlepszym dziełem Alicii Keys. Utwory Try Sleeping With a Broken Heart czy Un-Thinkable (I’m Ready) to zdecydowanie kawałki celujące w TOP 10 moich ulubionych utworów wszech czasów. Jakie jest zatem Girl on Fire? Inne – ale dobre.
Moim zdaniem Girl on Fire to jawne i czyste nawiązanie do dwóch pierwszych wydawnictw. Album jest spokojniejszy i nie zawiera takich hiciorów jak The Element of Freedom. Jest albumem równym i spójnym – wszystkie utwory są mniej więcej na tym samym, doskonałym poziomie (na The Element of Freedom czy As I Am można było wyróżnić lepsze i gorsze). Mimo wszystko, ja lubię znaleźć mocne i słabe strony danego albumu. Na najnowszym krążku Alicii na pewno niesamowitym blaskiem świeci ballada (i drugi singiel) Brand New Me. Cudowny tekst oraz świetna kompozycja, począwszy od Alicii i pianina kończąc na mocnym finale. Pierwszy singiel Girl on Fire również przypadł mi do gustu, mimo, że śpiewanie tego utworu na żywo nie do końca artystce wychodzi. Kolejne perełki albumu to When It’s All Over z perfekcyjnym zakończeniem, gdzie Alicia rozmawia ze swoim synkiem Egiptem. Ten mały kawałeczek przebija Vanity Christiny Aguilery – gdzie artystka pyta Who Owns the Throne? a synek Aguilery odpowiada You do, mommy. Zagrożona niech się czuje również Blue Ivy, która „wystąpiła” w utworze Glory Jay-Z (utwór rozpoczyna się pierwszym biciem serca dziecka Beyonce i Jaya, a kończy jak mała Blue płacze).
Urocze jest również Tears Always Win stworzone przez Alicię i Bruno Marsa, jak również każda kompozycja, w której Alicii pomagała Emeli Sande – Brand New Me, Not Even a King oraz 101. Jak już jesteśmy 101 – pod koniec tego utworu jest najbardziej emocjonalny i najbardziej porażający moment z całego albumu – ten, gdzie Alicia śpiewa hallelujah, hallelujah. Mrożące krew w żyłach, a jednocześnie niesamowicie piękne. Szkoda, że artystka nie nagrała podobnego utworu w całości.
Do kawałków, których nie lubię mogę zaliczyć Fire We Make z Maxwellem oraz trochę nijakie i bez pomysłu Listen To Your Heart. W sumie jest to jednak mały fragment całego albumu, który jest dobry, ale The Element of Freedom nie przebił. Dobrze jednak, że powstał, bo dzięki temu mamy takie perełki jak Brand New Me, Not Even a King czy Tears Always Win. Brawo Alicia, well done.
