Alex Christensen & The Berlin Orchestra – Classical 90s Dance 2 (2018), recenzja Jakuba Kopanieckiego

Czy może istnieć coś bardziej kontrastującego, niż orkiestra symfoniczna i klubowe hity lat 90-tych? Nie dla Alexa Christensena, który w zeszłym roku udowodnił, jak wielki potencjał tkwi w muzyce dance, wydając razen z The Berlin Orchestra album Classical 90s Dance. Rok później serwuje nam kolejną porcję zaskoczeń i wiecie co? Jest bardzo dobrze!

Znalezione obrazy dla zapytania ALEX CHRISTENSEN & THE BERLIN ORCHESTRA – CLASSICAL 90S DANCE 2

Klasyczne instrumenty (zwłaszcza smyczkowe) obecne są w muzyce tanecznej od zarania jej dziejów, począwszy od klasycznego disco, po dzisiejsze hity Davida Guetty, rzadko jednak, jeżeli w ogóle, ktoś porywa się na pisanie muzyki dance wyłącznie na orkiestrę (chyba że w formie ciekawostki), a tym bardziej nie waży się kłaść na ręki na sztandarowe hymny parkietów sprzed dwóch dekad. Alex Christensen spełnia w pewnym sensie moje i wielu innych melomanów marzenie – usłyszeć, jak brzmiałyby tłuste kawałki z dyskotek, gdyby wzięto się za nie jakieś dwieście lat temu oraz jaki ogień drzemie w nieco wysłużonym już składzie orkiestry symfonicznej.

Bez zaskoczenia, szczególnie błyszczą utwory, które wykonują największe gwiazdy zaproszone do współtworzenia tego albumu – Anastacia i Mel C. Wokalistkom znakomicie dopasowano utwory do ich możliwości. Pierwsza z pań, co również nie dziwi, wykonuje prawdziwie ogniste przeboje równie płomiennym głosem, który wypalał wielokrotnie dusze wszystkim krzywdzącym ją mężczyznom. Orkiestrowe aranżacje Another Night i kultowego Mr. Vain nie wywracają pierwowzorów do góry nogami, ale są świetnie wyważone – wyrazista linia basowa, trudna do podrobienia przez żywe instrumenty, napędza utwory, ale to orkiestra wiedzie prym. Dotychczas uważałem metal symfoniczny za najdoskonalsze połączenie dwóch biegunów świata muzyki – Alex Christensen zdaje się mocno zmieniać moje zdanie na ten temat.

Zaaranżowane na balladę Don’t Talk Just Kiss i zwłaszcza Around the World to natomiast prawdziwe perełki, brzmiące jak żywcem wyjęte z jakiegoś disnejowskiego musicalu. Głos Mel C jest delikatny i czarujący, Christensen zaś daje popis swoich kompozytorskich umiejętności, żonglując sekcjami instrumentów, zwłaszcza eksponując instrumenty perkusyjne. I klawesyn. Mogłem spodziewać się absolutnie wszystkiego, ale nie KLAWESYNU. W Around the World!


Wśród najmocniejszych punktów albumu znajduje się bodaj największe zaskoczenie, czyli Blue, które w symfonicznej oprawie przebija oryginał o lata świetlne. Po dramatycznej introdukcji następuje czysta energia (jeżeli zastanawialiście się, jak brzmiałby dubstep za Beethovena, to jest to utwór dla Was), a o klubowej historii utworu przypomina wyłącznie mocny bas i, oczywiście, charakterystyczny wokal. Christensen wyciąga z orkiestry całą paletę barw, oscylując pomiędzy bajkowymi dzwonkami a ciężką masą instrumentów dętych. Dodaje głębi i wyrazu, ocierając się o wzruszenie. W utworze, z którego większość społeczeństwa jest w stanie zacytować „da ba di ba du baj”. Czapki z głów!

Kompozytor zdecydował się nieco nagiąć pojęcie muzyki dance, biorąc na warsztat piękny już z natury utwór Listen To Your Heart grupy Roxette. I słusznie! Balladowy charakter oryginału złagodniał jeszcze bardziej dzięki obsadzie wykonawczej, ale mocne podkreślenie bębnów w sekcji perkusyjnej zbliżyło całość do modelowej wręcz piosenki promującej jakiś przygodowy, filmowy blockbuster. Albo W Pustyni i w Puszczy.

Na płycie są również dwa utwory, które mogły przyćmić całą resztę i dać ostateczny popis umiejętności Alexa Christensena. Bo czy mogłoby być coś bardziej satysfakcjonującego, niż rozpisanie na orkiestrę techno? Rezultat zapiera dech, ale nie do końca tak, jakbym tego oczekiwał.

Nie chcę być zrozumiany źle – SandstormAdagio for Strings brzmią świetnie i wręcz miażdżą swoją energią. Potężne brzmienie syntezatorów przyprawia o zawrót głowy, ale czy na takim albumie orkiestra nie powinna grać, nomen omen, pierwszych skrzypiec? W przypadku obu utworów chyba za mocno skupiono się na oddaniu charakteru pierwowzoru, a pozostano za mało wiernym charakterowi całego krążka. Oczekiwałem czegoś na miarę Das Boot czy L’amour Toujours z pierwszej płyty, które to były napisane zupełnie na nowo, zupełnie inaczej, przy minimalnym udziale elektroniki. Tutaj orkiestra jest niewątpliwie efektowna, ale wyłącznie wypełnia przestrzeń za cyfrowym pierwszym planem. Bardzo chciałbym usłyszeć zwłaszcza Sandstorm we w pełni symfonicznej aranżacji – emocjonujące, filmowe intro i popisowe interludia narobiły na to tylko ogromnego smaka.

Tak jak pierwsza płyta Classical 90s Dance była olbrzymim zaskoczeniem (zwłaszcza ze względu na fakt, że Alex Christensen, a.k.a. Alex C., do niedawna kojarzony był z produkcją muzyki dance i niemieckiego techno), tak po drugiej wiedzieliśmy, czego się spodziewać.  Nadal jednak dostarcza mnóstwa niesamowitych wrażeń. Jest trochę nierówna – z jednej strony Christensen wchodzi na wyżyny swoich umiejętności kompozytorskich, z drugiej potrafi nieco za bardzo przypomnieć o swoich muzycznych korzeniach. To jednak i tak tylko drobne zachwianie bardzo wysokiego C, uczta i ciekawostka dla melomana, jak i krążek do którego można rozkręcić imprezę inną niż wszystkie. Płyta łączy esencję przebojów dance z muzyką filmową i podbija to do n-tej potęgi. Liczba odtworzeń na Spotify wieszczy sukces, trzymam więc kciuki za powstanie kolejnego albumu, kolejnych emocji i jeszcze więcej gwiazd przed mikrofonem.

oceny

autor recenzji

Sprawdź nasze inne

Recenzje