Po trzech latach od premiery ostatniego albumu zatytułowanego The Pains of Growing, młoda piosenkarka prezentuje słuchaczom dużą dawkę nowej muzyki. I to naprawdę dużą. Nowy album Cary liczy aż 18 utworów, co jest dość ryzykowne i często, nawet wśród najpopularniejszych artystów, zgubne. Tak też się stało tym razem.
Już po przesłuchaniu pierwszych piosenek na In The Meantime, wiedziałam, że album prawdopodobnie mi „nie siądzie”. I nie myliłam się. Pomimo licznych prób, nie byłam w stanie wysłuchać płyty w skupieniu. Starałam się optymistycznie podejść do zadania, bo przecież w przeszłości uwielbiałam muzykę Alessi. Przeszłość jednak najwyraźniej zostawiłam za sobą i z każdym utworem album coraz bardziej mnie męczył i drażnił.
Wszystkie piosenki tak naprawdę są do siebie bardzo podobne. Alessia, próbując eksperymentalnych brzmień i wyrwania się z popowych ram, stała się po prostu nudna, monotonna i wręcz denerwująca. Na albumie ciężko było mi znaleźć kawałki, które w jakikolwiek sposób się wyróżniają i to w pozytywny sposób.
Jednym z nich jest Box In The Ocean, czyli utwór, występujący na albumie zaraz po chaotycznym Unboxing Intro, nagranym w stylu Olivii Rodrigo. Box In The Ocean to naprawdę przyjemna dla ucha piosenka, szczególnie podoba mi się refren – szybko wpadający w ucho i chwytliwy. Nie wiem dlaczego, ale nieodparcie kojarzy mi się ze szczęśliwym dzieciństwem i serialami dla dzieci granymi w Disney Channel. Jako jeden z niewielu kawałków, Box In The Ocean ma w sobie coś przyciągającego, coś magicznego.
Lie To Me również mogę nazwać jednym z lepszych na albumie. Od początku zaciekawił mnie początek piosenki i oryginalny bit. Mocny i energiczny głos Cary w połączeniu z wpadającym w ucho bitem tworzą potencjał na dobry singiel, którym niestety Lie To Me nie został. Miana singla doczekał się jednak kawałek Shapeshifter. Może nie był to najgorszy wybór, ale myślę, że są inne piosenki, które lepiej wypromowałyby album. Shapeshifter to dość jednolita i smętna ballada, brzmiąca jak instrumentalna wersja jakiegoś oryginalnego utworu. Nie jest zła, ale bywało lepiej.
Drugim singlem promującym In The Meantime jest Sweet Dream. W tym przypadku jednak wybór okazał się strzałem w dziesiątkę! Pod względem wyświetleń Sweet Dream ma naprawdę kolosalną przewagę nad innymi kawałkami. Nic dziwnego, piosenka nagrana jest w bardziej popowym klimacie, co ją wyróżnia na tle reszty albumu. Energia, radość, świetny bit i wpadający w ucho refren – to wszystko charakteryzuje właśnie Sweet Dream.
Trzecim, a jednocześnie ostatnim singlem, który doczekał się klipu w dniu premiery całego albumu jest kawałek Best Days. Utwór przypomina mi ballady Camilii Cabello i szczerze mówiąc, usłyszawszy go w radiu, zapewne pomyślałabym, że jest śpiewany właśnie przez kubańską wokalistkę. Best Days to miła, przyjemna dla ucha piosenka, jednak nie jestem pewna czy wybór jej na singiel był dobrym pomysłem. Wydaje mi się, że kawałek jest zbyt spokojny i mało wyrazisty, a na jego miejsce spokojnie znalazłoby się kilka ciekawszych.
Moją uwagę przykuł również kawałek I Miss You, Don’t Call Me Back. Klimatyczna ballada kojarzy mi się z Olivią Rodrigo, dając równocześnie vibe nowej Taylor Swift. To zdecydowanie jeden z lepszych kawałków na albumie, wyróżniający się zarówno tekstowo, jak i muzycznie – mimo tego, że większość utworów jest dość spokojna, I Miss You, Don’t Call Me Back w pozytywny sposób odstaje od grupy.
CHIKA jest jedynym gościem na In The Meantime. Amerykańska raperka łączy swoje siły z Carą w piosence Middle Ground. Moim zdaniem nie jest to jednak udany collab. Piosenka jest dość monotonna i nieciekawa. Szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że CHIKA wniesie do niej „trochę życia” i energii, ale niestety się przeliczyłam. Zwrotka raperki jest tak samo bezbarwna jak partie Alessi.
Niestety bezbarwność i monotonność to główne cechy In The Meantime. Piosenki takie jak: Drama Queen, Somebody Else, Bluebird czy Apartment Song przypominają mi kawałki puszczane w tle windzie lub sklepie odzieżowym. Niewyróżniające się, mało oryginalne i mało kreatywne. Każda brzmiąca łudząco podobnie i jednocześnie równie nudno.
Po przesłuchaniu albumu In The Meantime, wiem jedno. Znacznie bardziej przekonywała mnie popowa Alessia, śpiewająca o samoakceptacji, jak w Scars To Your Beautiful, lub o bajkowym świecie, jak w How Far I’ll Go. Mam jednak świadomość tego, iż coraz mniej muzyków odchodzi od muzyki komercyjnej, starając się nie szufladkować i nie określać gatunkowo. Szczególnie młodzi artyści chcą się rozwijać, eksperymentować brzmieniami. Cieszę się, że Alessia również stara się znaleźć swoją własną muzyczną drogę, równocześnie mam jednak nadzieję, że następnym razem obierze nieco inny kierunek…
- Data premiery: 24 09 2021
- Single: Sweet Dream, Shapeshifter, Best Days
