Gdyby ktoś powiedział mi jakiś czas temu, że zwariuję na punkcie muzyki gwiazdy TikToka, prawdopodobnie bym w to nie uwierzył. Co prawda, wydana w 2023 roku epka AR wybrzmiewała w moich słuchawkach często, ale nie spodziewałem się, że jej autorka będzie „gościć” u mnie zdecydowanie częściej. Diet Pepsi ujęło mnie swoją oryginalnością, jednak szybko odeszło w zapomnienie. Do obsesji na punkcie Aquamarine potrzebowałem kilku tygodni, teraz śmiało umiejscawiam je w czołówce moich ulubionych kawałków wszech czasów. Po premierze High Fashion już czułem, że trzeci singiel w tak oryginalnej aranżacji zapowiada zapewne równie genialny album. Headphones On słuchałem już codziennie, wiedząc, że Addison będzie moim tegorocznym muzycznym uzależnieniem. Przy Fame is a Gun zabrakło mi słów i poczułem się jak gdyby maszyna czasu przeniosła mnie kilkanaście lat wstecz, do alternatywnej i niesamowicie intrygującej rzeczywistości. Bezwarunkowa miłość do wszystkich pięciu singli tylko podsycała ekscytację rychłym pojawieniem się pozostałych utworów. I o to on. Debiutancki album zatytułowany po prostu imieniem artystki, co wydaje się zdecydowanie bardziej wyjątkowe, niż nazwanie krążka tytułem randomowej piosenki, nie wnoszącym kompletnie nic w całą muzyczną opowieść. Równie wyjątkowa jest okładka, mocno przywołująca późne lata 90. i wczesne dwutysięczne, wyróżniająca się na tle innych współczesnych okładek dzięki bogactwu ciepłych barw.
Zajrzyjmy zatem do środka i sprawdźmy, co zostało tak ładnie zapakowane. Za produkcję wszystkich dwunastu piosenek odpowiadają tylko dwie szwedzkie producentki związane z wytwórnią legendarnego Maxa Martina — Luka Kloser i Elvira Anderfjärd. Pod względem brzmień album jest niezwykle oryginalny i nostalgiczny. Wokal Addison z kolei jest lekki, melancholijny i wręcz oniryczny. Mam wrażenie, jakbym słuchał ścieżki dźwiękowej do własnych snów albo powracał wspomnieniami do czasów dzieciństwa. Delikatna elektronika oraz eteryczny śpiew wokalistki, często wzbogacony szeptami, przypomina momentami album In The Zone Britney. Jednocześnie brzmienia na płycie są bardzo różnorodne, choć łączy je podobny nastrój.
Album otwiera najbardziej oryginalna i ciekawa piosenka, jakiej słuchałem od dłuższego czasu — New York, którego melodię artystka przemycała już w zapowiadających płytę fragmentach. To nic innego jak krótki, miłosny list Addison do Nowego Jorku, którego nazwę powtarza do znudzenia. Choć piosenka zaczyna się dosyć spokojnie, finalnie jest to prawdziwy zastrzyk taneczno-elektronicznej energii.
Przy Diet Pepsi, czyli jak dotąd największym przeboju Addison, zmienia się nastrój i robi się znacznie spokojniej. To piosenka o niewinnej nastoletniej miłości — pełnej pożądania i namiętności — której towarzyszy eteryczny śpiew wokalistki, obfity w zmysłowe szepty, oraz delikatne, popowo-alternatywne brzmienie z lekkim, elektronicznym beatem. Niezwykłego klimatu piosence dodaje również czarno-biały teledysk, pełen zmysłowych i dziwacznych ujęć. Jedyne, czego mi tutaj brakuje, to chociaż kilkanaście sekund więcej samej piosenki.
Money is Everything było dla mnie niewątpliwie największym zaskoczeniem. Utwór zaczyna się krótkim monologiem samej artystki, który od razu pozwala poczuć się, jakbyśmy nie słuchali płyty, ale czytali zapiski z pamiętnika. Później mamy już do czynienia z idealnie wpisującą się w minione czasy „recession pop” – pozytywną i humorystyczną piosenką wychwalającą pieniądze oraz dobrą zabawę, która choć nie pasuje do reszty albumu wydaje się być na nim bezwzględnie obowiązkową pozycją. W tak krótkim utworze artystka znalazła również miejsce, aby przywołać bezpośrednio nazwy inspirujących ją ikon — Madonnę, Lanę Del Rey oraz Lady Gagę.
” And when i’m up dancing, please, Dj, play Madonna / Wanna roll one with Lana, get high with Gaga „
Aquamarine to niewątpliwie jeden z najlepszych utwórów na płycie. Kawałek jest wręcz magiczny, melodia jest lekka, ale jednocześnie każdy dźwięk jest niezwykle hipnotyzujący. Do tego śpiew Addison jest delikatny i kojący. Niektórzy sugerowali tutaj drobne podobieństwo z wielkim hitem Madonny – Frozen i rzeczywiście, słychać nieco na Addison inspirację Madonną, a szczególnie albumem Ray Of Light. Co ciekawe artystka śpiewa tutaj dosłownie „I’m the ray of light”, co nie może być przypadkiem. Nadal jednak utwór jest bardzo oryginalny i nowoczesny z mocnym, nostalgicznym muśnięciem. Nie mógłbym oczywiście skupić się na samej muzyce, pomijając warstwę wizualną. Teledysk do Aquamarine jest wspaniały, trochę mroczny, tajemniczy i przygnębiający, pełny ciekawych ujęć i imponującej choreografii. Mógłbym go oglądać wiecznie. Przy tym utworze naprawdę można odpłynąć i liczę, że otrzyma więcej uznania w przyszłości.
Gdy dowiedziałem się, że spośród dwunastu piosenek na płycie, dwie trwają krócej niż minuta, poczułem lekki zawód. Lost & Found jest co prawda intrygującym wkroczeniem w kolejny utwór, jednak zdecydowanie lepiej sprawdziłaby się normalna, dłuższa piosenka.
Tak więc po krótkim i klimatycznym interludium przechodzimy do nieco bardziej nowoczesnego, lecz wciąż pełnego nostalgii za muzyką elektroniczną sprzed lat — High Fashion. Sama artystka przyznawała kilkukrotnie, że jest to prawdopodobnie jej ulubiona piosenka z płyty i potrzeba było trochę czasu zanim finalnie powstała ta ostateczna wersja. W utworze zdecydowanie jest coś wyjątkowego, co oddziela go od reszty albumu. Choć wokal Addison nadal pozostaje tutaj niezwykle zmysłowy i delikatny, brzmienie jest bardziej synth-popowe i ostrzejsze. Piosence o zatraceniu w modzie i miłości do samej siebie towarzyszy również kolejny, genialny i najbardziej emocjonalny ze wszystkich teledysków.
Zupełnie w innym stylu prezentuje się Summer Forever, które jest prawdopodobnie najbardziej delikatną i spokojną piosenką w tej kolekcji. W tej całej eteryczności i spokoju można usłyszeć nieco inspiracji muzyką Lany Del Rey, ale to w dalszym ciągu oryginalny i wyjątkowy utwór z pogranicza różnych odmian muzyki pop — indie, alternative czy dream. Jeśli przy Aquamarine można było odpłynąć, przy Summer Forever można wręcz lewitować. Ukojenia w tych dźwiękach będę szukać na pewno nie tylko latem.
Pokuszę się o stwierdzenie, że In The Rain to najlepsza piosenka na płycie i zarazem najlepsza jak dotąd piosenka Addison Rae. Zaczyna się nostalgicznym, lekko tanecznym beatem w stylu wczesnych lat 2000., by później oczarować hipnotyzującą synth-popową melodią z odrobiną R&B, której towarzyszy, jak zawsze kojący i lekki wokal artystki. Jeśli miałbym zdefiniować termin „pop perfection”, bez wyrzutów sumienia wskazałbym między innymi na tę piosenkę, dumnie umieszczając debiutującą Addison obok największych artystów ostatnich dekad. Tutaj nie brakuje absolutnie niczego.
Brakuje mi natomiast słów, aby opisać jakie emocje wywołało również posłuchanie po raz pierwszy Fame is a Gun, czyli najbardziej wyróżniającej się elektronicznej, synth-popowej i energicznej piosenki na płycie. Bardzo nie chcę nadużywać słowa „nostalgia”, ale słuchając tej piosenki przenoszę się do czasów wczesnego dzieciństwa. Ten utwór spokojnie mógłby znaleźć się na albumie Blackout Britney Spears, ale świetnie sprawdziłby się w dyskografii każdej innej wielkiej gwiazdy pop sprzed lat, ponieważ brzmi jak podbijający listy przebojów hit pierwszej dekady XXI wieku. Od strony lirycznej to „love/hate letter” do sławy i tego, co z niej wynika. Znów, podobnie jak w Money is Everything (warto zauważyć podobne tytuły obu piosenek) Addison wyraża wprost swoje pragnienie doświadczania „glamorous life”. Długo by mówić także o tym, jak fenomenalny jest nagrany do piosenki teledysk, który przypomina rzeczywistość wyjętą wprost ze snów, pełną nieoczywistości, dziwactw i zarazem uzależniających, intrygujących szczegółów. W dodatku sama Addison w połyskującym różowym płaszczu i dużych okularach przeciwsłonecznych nie tylko przypomina Lady Gagę z ery The Fame, ale również momentami wykonuje charakterystyczną choreografię. To wszystko w nieco dziwnym i tajemniczym teledysku pasuje do autorki Poker Face idealnie.
To jeszcze nie koniec perfekcyjnych piosenek na płycie, ponieważ mamy również Times Like These, czyli trip-hopowe arcydzieło pełne melancholijnego klimatu i eterycznego wokalu. Dlaczego przypomina mi o Touch Of My Hand Britney i całym albumie In The Zone? Nie mam pojęcia, ale słuchając tego kawałka czuję się znów jak małe dziecko słuchające muzyki w radiu, gdy za oknem świeci słońce i trwa w najlepsze przepiękna wiosna. Okładka płyty jest idealnym zobrazowaniem tych emocji, które powstają podczas słuchania tak dobrych dźwięków. Jest to jednocześnie szósty singiel, do którego powstał teledysk nie mniej wspaniały od pozostałych.
Life’s No Fun Through Clear Waters to tylko przepiękny orkiestrowy interlude ze zmodyfikowanym głosem powtarzającym dwukrotnie sam tytuł. Znów wolałbym chyba całą, dłuższą piosenkę wykorzystującą potencjał nastrojowości tej melodii, ale powiedzmy, że kupuję tę wizję.
Headphones On to piosenka o oczyszczeniu poprzez muzykę i pogodzenie z tym, na co nie mamy wpływu. Tak jak Addison w klimatycznym teledysku, do Headphones On chce się tańczyć w deszczu, czując się wolnym od zmartwień. Powiem wprost — to mój ulubiony utwór na płycie. Znów jest to melodia charakterystyczna dla trip-hopu, ale słychać tutaj też R&B, natomiast najważniejsze są tutaj klimatyczne syntezatory. Headphones On to cztery minuty muzycznej rozkoszy, pobudzonej wyobraźni i tęsknoty za tym, co przeminęło. Już nie uważam, że ze względu na tytuł, ten kawałek powinien trafić na sam początek płyty — jego idealne miejsce jest na końcu tej muzycznej opowieści. Kocham i jeszcze raz kocham!
Nie spodziewałem się, że 2025 rok przyniesie tak wyjątkowe muzyczne wrażenia i cieszę się, że zainteresowałem się muzyczną karierą Addison w najlepszym momencie, czerpiąc z wszystkiego, co mogła dać mi ta era. Jeśli w muzyce mojego dzieciństwa zabrakło jakichś dźwięków, to na Addison dostałem już absolutnie wszystko, o czym mógłbym sobie zamarzyć. To płyta różnorodna, doprecyzowana i spójna. Zarówno wokal artystki, jak i produkcja są niezwykle dobre. W dodatku sześć singli promujących album i tym samym sześć wspaniałych teledysków to coś, czego w tych czasach artyści już praktycznie nie robią. Dlatego debiutująca artystka tym bardziej zasługuje na ogromne uznanie za stworzenie tak kompletnej, bogatej i estetycznej ery.
Addison Rae bez wątpienia włożyła w ten album kawał dobrej roboty. To nie jest dziesięć byle jakich hitów radiowych po dwie minuty, które niczego nie wnoszą i o niczym nie opowiadają. To kreatywny album, z niesamowitą produkcją i ciekawymi tekstami. To delikatny, namiętny wokal cudownie współgrający z każdym dźwiękiem. To cała wizualność przejawiająca się we wszystkich nastrojowych teledyskach. To podróż do najlepszej muzyki z początku lat 2000. i zarazem nowy, oryginany kierunek współczesnych brzmień.
Czy Addison Rae okaże się „muzycznym dzieckiem” Britney Spears, czy też szybko skończy się tylko na erze Addison? Na ten moment trudno powiedzieć, jednak ja osobiście nie słuchałem jeszcze tak świetnego debiutanckiego albumu. Poprzeczka jest postawiona wysoko i myślę, że jeśli ktokolwiek miałby zmienić oblicze muzyki pop, to właśnie ona ma do tego największe predyspozycje. TikTok-owa kariera będzie jeszcze długo zapewne ciągnąć się za Addison, zachęcając innych do umniejszania jej zdolnościom, ale zdecydowanie jest jej już bliżej do perfekcyjnej gwiazdy pop, niż tylko popularnej dziewczyny z internetu. Z niecierpliwością czekam na więcej.
- Data premiery: 06 06 2025
- Single: Diet Pepsi, Aquamarine, High Fashion, Headphones On, Fame is a Gun
