A Tribe Called Quest – We Got It From Here… Thank You 4 Your Service (2016), recenzja Michała Szuma

1
149

Niewiele jest słów do dodania, które można by podpiąć pod te już napisane tudzież powiedziane na temat nowego albumu A Tribe Called Quest. Każdy kolejny epitet jest niczym każda kolejna kropla wody w morzu pochwał. Ale to właśnie te drobne krople zbudowały ów morze, dlatego strumieni, nawet tych pozornie nieznaczących, nigdy dość. Bo okazja na tak obfite lanie często się nie zdarza.

Oddać Tribe’om, co tribe’owe.

Wydać płytę po 18 lat to nie lada sztuka. Ale zrobić to w sposób taki, że cały świat będzie zbierał szczęki z podłogi, to już prawdziwe wyzwanie. Po drodze cała masa wydarzeń: projekty solowe, rozpad i ponowny reunion, a finalnie – śmierć Phife’a. To wszystko miało wpływ na ostateczne brzmienie krążka, ale taki on też miał być: suma tych 18 lat to właśnie We Got It From Here… .

Godzina spędzona na odsłuchaniu dwupłytowego wydawnictwa stoi pod znakiem nawiązania dialogu ze współczesnością, ale przede wszystkim, jest to powrót do nie wcale tak dawnych czasów. Wszak to właśnie na lata ’90 przypada największe „boom” na Tribe’ów, o czym świadczy pięć dotychczasowych krążków wydanych właśnie w dekadzie z dziewiątką z przodu. Świat różnił się wtedy diametralnie, co miało swoje odbicie także w muzyce, gdyż wiele gatunków dopiero rozwijało skrzydła i na dobre zaczynało gościć w szpulowych odtwarzaczach. To była niewątpliwie era początków, do których należał m.in. początek sławy tria zza oceanu.

Przekrój serwowanych brzmień jest naprawdę szeroki, co wynika m.in. z ogromu zaproszonych do współpracy gości, z których każdy dołożył pokaźną cegłę w tak wykreowanym pomniku, z jednej strony w pamięci zmarłemu muzykowi, z drugiej – nieco wymierającej scenie ciężkich bum-bapów. A paradoksalnie dzieje się to za sprawą muzyków, którzy niewiele mają z tym wspólnego. Bo obok takich ksywek jak Busta Rhymes, Talib Kweli, Kendrick Lamar czy Kanye West, odnajdziemy chociażby Jacka White’a czy Eltona Johna, pomagających w szacie muzycznej płyty. Dodając do tego samplowane dźwięki wprost od formacji takich jak Black Sabbath czy Can, otrzymujemy pozornie mieszankę poplątanego z zagmatwanym.

Na szczęście Tribe’y nie zatraciły w tej przygodzie swego muzycznego nosa i w żadnym wypadku nie można mówić o braku spójności. Każdy utwór, każdy bit i każdy dźwięk posiada ten piękny groove, okraszający całą ich twórczość. Gdyby chcieć okrążyć samotnie świat samochodem, to We Got It From Here… byłaby jedną z pozycji obowiązkowych towarzyszących w podróży, właśnie ze względu na vibe przeszywający każdą komórkę ciała. To nie jest coś, co można zmierzyć czy zważyć – to po prostu czuje się na skórze.

Sytuację podsyca fakt, że pomimo odejścia filaru formacji, ta zdaje się mówić „nie” śmierci i będąc jej nieco na przekór, stara się kontynuować dzieło stworzenia. Pomysł trasy koncertowej z najnowszym materiałem jest dość odważną koncepcją, niemniej od strony symbolicznej właściwie obowiązkową. Jeżeli powiedziało się „A” wydając płytę, naturalnym wydaje się literka „B” w postaci ostatniego w historii formacji tournee. Pytanie: co dalej? Czy ostatni koncert będzie oznaczał, że pewna epoka dobiegła końca? Niewątpliwie tak: w końcu A Tribe Called Quest na zawsze wpisało się w historię światowego hip-hopu, dając podwaliny pod wiele różnych jego odłamów, inspirując przy tym setki, a może nawet tysiące mniej lub bardziej znanych muzyków. W mojej opinii koniec ATCQ stanie się dla wielu oficjalnie końcem lat 90.

1 KOMENTARZ

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.