Jennifer Lopez – A.K.A. (2014), recenzja Łukasza Mantiuk

Jestem fanem Jennifer Lopez od jej początków. Dorastałem przy dźwiękach Let’s Get Loud, Waiting for Tonight czy później niesamowitego Jenny From the Block i Ain’t No Funny. Każdy kolejny jej album słucham, lubię, wyczekuję. Teraz premierę miał już jej ósmy album (dziesiąty licząc remixowy i best of). Czy to jest to, na co czekałem?

Troubeaux

Album to jeden wielki bałagan. Zresztą, podobnie było ze składanką największych hitów czy Love? Brak w nim składu i ładu. Jest tutaj od groma przeróżnych styli, mieszanka starej i nowej J.Lo, to co chciałbym, aby tu było, i to co nie. Przede wszystkim od kilku lat Jennifer ma koszmarny problem z układaniem tracklist swoich albumów. Najbardziej  transparentne było to w przypadku wspomnianej już składanki największych hitów – Dance Again… The Hits. Raz, że był to dziwny dobór, gdzie najciekawsze trafiały na deluxe, a takie sobie w ogóle nie powinny się tam pojawić, a dwa, że ich kolejność pozostała wiele do życzenia. Oczywiście, kolejność utworów na albumie nie ma najmniejszego znaczenia, jednak jeśli oceniamy ogólny odbiór krążka – to już jest to jakaś część składowa tej oceny.

Moim zdaniem tracklista albumu A.K.A. powinna przedstawiać się następująco:

  1. I Luh Ya Papi (feat. French Montana)
  2. A.K.A. (feat. T.I.)
  3. Booty (feat. Pitbull)
  4. TENS (feat. Jack Mizrahi)
  5. First Love
  6. Let It Be Me
  7. Emotions
  8. So Good
  9. Same Girl (solowa wersja zamiast tej z French Montaną)
  10. Troubeaux (feat. Nas)
  11. Expertease (Ready Set Go)

Deluxe Edition:

  1. Never Satisfied
  2. Girls
  3. Acting Like That (feat. Iggy Azalea)
  4. Worry No More (feat. Rick Ross)

I nie jest to wcale moje odesłanie najsłabszych utworów na deluxe, a wrzucenie moich ulubionych do wersji standardowej. Chodzi po prostu o jakieś logiczne poukładanie tego, tak aby to miało ręce i nogi.

I’m not satisfied

Wrócę jednak do stanu rzeczywistego, czyli tego, jak chciała to przedstawić nam Jennifer (albo jej wytwórnia). Najlepsze utwory z albumu są na deluxie. Tak samo było na Love?, tak jest i tutaj. Kawałek Tens swoją zadziornością, pazurem i temperamentem miażdży prawie cały standard z Booty na czele – które przecież miało być takie znakomite. Jest dobre, jednak po tej całej wrzawie, która została wywołana przed premierą albumu – po tym kawałku oczekiwałem czegoś lepszego. Utwóry Troubeaux i Expertease (Ready Set Go) zdecydowanie bardziej się nadają na standardową wersję albumu w zamian za nudne Worry No More czy którąś z ballad – jest ich tam po prostu za dużo. Same Girl jest utworem, który kocham od dnia premiery i dawał mi on nadzieję, że album ten może być powrotem do korzeni – do czasów albumu J.Lo i rytmów Jenny From the Block, Play czy Ain’t It Funny. Czyli rytów na których się wychowałem. Niestety kawałek wyrzucono na sam koniec wersji deluxe i to jeszcze w niepotrzebnym remixie z niepotrzebnym raperem.

Ballady. Jest ich bardzo dużo na tym albumie. To nowość, bo do tej pory mieliśmy głównie przebojową, taneczną J.Lo (od czasów sukcesu On the Floor). I tak – Never Satisfied jest znośne, ale chórki zabiły wokal Lopez. Są prawie na równi, przez co nie do końca wiadomo, kiedy śpiewa artystka, a kiedy jej wspomagacze. To psuje ogólny odbiór tej przyjemniej kompozycji. Zdecydowanie na przód wybija się Let It Be Me. Na myśl przychodzi hiszpańskojęzyczne Como ama una majer – wydawnictwo, którego ni w trzy słowa nie rozumiem, ale które wielbię i uważam za najlepsze, co w swojej karierze Jennifer popełniła. Let It Be Me to jeden z najlepszych utworów na płycie. Stawiam go obok Tens, Booty i singlowego First Love. Mnie osobiście urzekło również Emotions, chociaż rozumiem ludzi, którzy plują na ten kawałek mówiąc, że jest nijaki. Do niego trzeba się przekonać, a i wokale Jennifer nie są do końca na miejscu, nie do końca wiarygodne. Chciałbym posłuchać jej w tym utworze na żywo, aby przekonać się, że potrafi zaśpiewać ten utwór sama od a do z.

Stop Acting Like That

Niestety, na A.K.A. są też potworki. Acting Like That – duet z Iggy Azaleą, pierwszy duet Jennifer Lopez z kimkolwiek płci żeńskiej. Tyle o tym mówiono, tak bardzo napompowano tę bańkę… i pękła po pierwszy odsłuchu. O ile w solowej wersji ten utwór jeszcze miałby sens, to dodanie Iggy jest kompletnie bez sensu. Ani nie ma to rąk, ani nóg, Iggy po prostu się pojawia, rapuje i znika, a Jennifer dalej śpiewa swoje. Zdecydowanie inne duety Jenny z tego albumu – z T.I. (świetne A.K.A.) czy I Luh Ya Papi z French Montaną wypadły dużo lepiej. Niezrozumiałym potworkiem dla mnie jest Worry No More. Ten utwór trwa 3:49, jednak pod koniec wydaje się, że upchnięto tam magiczne niewidoczne pięć minut. Kończy się i kończy. I kończy, i jeszcze się nie skończyło. Sam rytm, produkcja czy wokale są ok – jednak zabrakło tu pomysłu, w połowie utworu ma się go po prostu dość.

Bawi mnie również sytuacja tekstów na tym albumie. Z jednej strony są one ciekawe, interesujące (Let It Be Me, Tens), ale z drugiej strony mamy takie koszmary jak fragmenty Emotions:

I feel good ‘cause I feel bad

Umarłem. Z drugiej strony Tens i znakomite odniesienia do Work Bitch Britney Spears ratują sytuację. Generalnie teksty J.Lo zawsze były na średnim poziomie – średnim, ale akceptowalnym (no może za wyjątkiem przytoczonego fragmentu Emotions, który przypomina mi trochę sytuację ze śmieciami w kawałku Double Rainbow Katy Perry na Prism).

Armia producentów i autorów tekstów, parę duetów, własne tak i nie Jennifer Lopez spowodowały, że powstał krążek nierówny, nieprzemyślany, ale mający swoje przebłyski świetności. Nie jest to album, którego bym oczekiwał. Lekko zawiódł moje oczekiwania, jednak to jest Jennifer Lopez. Rekompensuje mi te zawody kawałkami Let It Be Me, Tens, Booty, First Love i tak dalej. Jest tutaj naprawdę sporo dobrych utworów, ale i trochę koszmaru. Ogółem Jennifer nagrała album w którym jest po trosze wszystkiego. Jakby chciała się przypodobać każdemu. Trochę Jennifer z Love? (Booty, Tens), trochę zupełnie nowej neopopowej J.Lo (I Luh Ya Papi), trochę sięgającej w odmęty albumu hiszpańskojęzycznego (Let It Be Me, Emotions), aż w końcu trochę zahaczającą o This Is Me… Then i J.LO (Same Girl, So Good, Troubeaux). Warto się zapoznać z tym wydawnictwem, nie jest źle.

Stop being the same girl

Plany na przyszłość? Z jednej strony chciałbym album w typie krążka hiszpańskojęzycznego – pełen ballad, emocji, prawdziwości. Z drugiej strony chciałbym powrót do J.Lo, które ładnie mi zaspoilerował utwór Same Girl. I koniec końców – może czas też na drapieżną, zadziorną i obrazoburczą J.Lo? Zerwanie ze słodkim wizerunkiem i nagranie utworów jak TENS?

Jennifer-Lopez-Album-Cover-A.K.A

Czytaj również