Coldplay – Ghost Stories (2014), recenzja Zuzanny Janickiej

Z jednej strony bardzo lubię to uczucie, kiedy sięgam po płytę, której oczekiwałam z wielką niecierpliwością. Mogę wreszcie zaspokoić swoją niepohamowaną ciekawość. Z drugiej zaś zawsze pojawia się taki moment zwątpienia. Czy album, do premiery którego odliczałam nie tylko dni, ale i godziny czy nawet minuty, naprawdę stanie na wysokości zadania i przypadnie mi do gustu? Te rozterki w przypadku płyty takiego zespołu jak Coldplay były bardzo duże. Czy Brytyjczycy po raz kolejny zawładnęli moim sercem?

Ciężko jest recenzować album grupy, której muzyka zajmuje specjalne miejsce w czyimś życiu. Nie mam zamiaru udawać, że Coldplay są mi zupełnie obcą grupą. Powiem tylko tyle, że mimo, iż jestem fanką ich twórczości, przygotowany przez nich materiał musi być zawsze na wysokim poziomie. Nie mam klapek na oczach. Od Coldplay wymagam po prostu więcej i więcej. Nie mają żadnej taryfy ulgowej.

Gdyby ktoś zapytał się mnie, do której z poprzednich pięciu płyt mogłabym porównać płytę Ghost Stories, miałabym trudności z udzieleniem dobrej odpowiedzi. To, za co niezwykle cenię ten brytyjski zespół, to nie popełnianie autoplagiatów. Każdy krążek Coldplay jest inny. Mieliśmy już spokojniejszy, stonowany, niepozorny debiut Parachutes. Dalej zespół uraczył nas surowym, mocnym A Rush of Blood to the Head (mimo upływu lat wciąż mój faworyt) oraz zawierającym w sobie zapożyczenia z muzyki elektronicznej X&Y. Pięknym krążkiem jest brzmiące bardziej klasycznie Viva la Vida or Death and All His Friends. Fanom nowocześniejszych melodii do gustu powinno przypaść optymistyczne, kolorowe Mylo Xyloto. Ghost Stories, szósty studyjny krążek Coldplay, jest zupełnie nowym rozdziałem w twórczości Brytyjczyków. Może mniej wciągającym niż kilka wcześniejszych płyt, ale czarującym klimatem (niby jest nieco chłodniej, ale jednak zamiast zimy mamy przedwiośnie) i ładnym wokalem Chrisa Martina. Atutem są również proste, ale efektowne teksty poruszające temat miłości.

Słuchając Ghost Stories nie da się uciec od wrażenia, że zespół chciał stworzyć coś zaskakującego, eksperymentalnego. Po części coś takiego otrzymujemy. Kto spodziewałby się bowiem, że Coldplay nawiążą współpracę z Avicii czy Timbalandem?! Nowe utwory zespołu powstały również przy pomocy takich producentów jak Paul Epworth (Adele, Florence + The Machine), Jon Hopkins (Brian Eno) czy Rik Simpson. Proponują oni mieszankę rocka z porządną dawką elektroniki i syntezatorów. Tęsknię jednak za większą ingerencją gitar czy perkusji. Ale cóż, taki już jest urok tej płyty.

Najlepszą piosenkę z Ghost Stories grupa ujawniła już kilka miesięcy temu. Ambientowa kompozycja Midnight, do której nagrania użyto ciekawego instrumentu jakim jest laserowa harfa, robi piorunujące wrażenie. Takiego Coldplay jeszcze nie słyszałam. Piosenka brzmi jak esencja tego, co w muzyce takich grup jak Sigur Rós czy Bon Iver najlepsze. Oszczędna muzyka, intrygująco przerobiony wokal a przede wszystkim ten nocny, zimny klimat przekładają się na artystyczny sukces tego kawałka. Cieplejszą, bardziej radiową propozycją jest urocze Magic. Still believe in magic?, pyta Chris. Słuchając tego kawałka ciężko dać negatywną odpowiedź. Na Magic już teraz można natknąć się w radiu, a kolejny singiel z pewnością upatrzą sobie kluby i dyskoteki (jakże to dziwnie brzmi w kontekście Coldplay). Mowa tu o wyprodukowanym przez szwedzkiego producenta Avicii’ego nagraniu A Sky Full of Stars. Nie przepadam za jego muzyką, bo sądzę, że ciągle proponuje nam te same muzyczne rozwiązania. Dla Coldplay również nie stworzył nic oryginalnego. Cenię A Sky Full of Stars za dobry, romantyczny tekst, ale zastanawiam się, co taki utwór robi na Ghost Stories. Burzy spójność całego krążka. Oprócz Avicii’ego na albumie znalazła się piosenka, w której palce maczał najważniejszy, kilka lat temu, producent, król przebojów – Timbaland. Tytuł tego nagrania to True Love. Jest to bardzo przyjemny kawałek, w którym największe wrażenie robi końcówka – pojawiające się co i rusz gitary oraz dźwięki skrzypiec.

Warto sięgnąć po powolne, niesamowicie kojące i pozbawione punktów zwrotnych Always in My Head oraz rozpoczynające się syrenim śpiewem Another’s Arms. Szybko pokochałam oszczędny w brzmieniu kawałek „Oceans”, który przywodzi mi na myśl pierwsze dwie płyty Coldplay. Do gustu przypadła mi również zagrana na pianinie, ale podszyta lekkim elektronicznym bitem ballada O, która zamyka album Ghost Stories. Jednak zanim przygoda z szóstą studyjną płytą Coldplay dobiegnie końca, wspomnę co nieco o Ink, które zostało przeze mnie wcześniej pominięte. Obok A Sky Full of Stars jest to, moim zdaniem, najsłabsza kompozycja na krążku. Bardzo melodyjna, ale zbyt popowa.

Kiedy pierwszy raz sięgnęłam po Ghost Stories, byłam nieco zawiedziona. Wolałam, by Coldplay wrócili do brzmień znanych mi z A Rush of Blood to the Head czy Parachutes. Tak się, jak wiadomo, nie stało, ale nie jestem już zła na chłopaków za to. Proponowana przez nich wędrówka w elektroniczne rejony wyszła ich twórczości na dobre. Choć, przyznam, Ghost Stories pod tym względem jest albumem dość nierównym. Z jednej strony mamy naprawdę eksperymentalne Midnight czy O, z drugiej zaś radiowe, komercyjne kompozycje (Magic, A Sky Full of Stars). Nie przedłużając niepotrzebnie – Ghost Stories nie jest ani najlepszą, ani najgorszą płytą Coldplay. Do kilku piosenek będę wracać bardzo często, bo słuchanie ich dostarcza mi niezapomnianych emocji.

Czytaj również