Na początku zeszłego roku amerykańska wokalistka r&b, Toni Braxton, ogłosiła, że kończy muzyczną karierę. Autorka wielkiego przeboju Un-Break My Heart i jedna z ikon muzyki lat 90. należy do grona moich ulubionych artystek. Nic więc dziwnego, że ze smutkiem przyjęłam jej decyzję. Na szczęście Toni jeszcze raz wszystko przemyślała i postanowiła wrócić do gry. Już nie jako osoba, która chce zagrozić na listach przebojów topowym wokalistkom (pamiętacie jej taneczny, słaby kawałek I Heart You z 2012 roku?), ale jako spełniona kobieta, której zależy przede wszystkim na muzyce. Efektem jej niewielkiej przemiany (bądź co bądź studyjne albumy Braxton nigdy nie aspirowały do bycia kopalnią chwilowych hitów) jest jej wspólny album z producentem i wokalistą – Babyfacem.
Krążek Love, Marriage & Divorce nie jest pierwszym, jaki wspólnie stworzyli Braxton i Babyface. Artysta spotkał się z Toni już na początku lat 90., by pomóc jej przy debiutanckim albumie – Toni Braxton. Ich współpraca objęła również następne płyty wokalistki – Secrets, The Heat, Snowflakes, More Than a Woman. Więzy łączące tych dwoje rozluźniły się, kiedy Toni nagrywała swój piąty studyjny krążek, Libra. Dziś, po dwunastu latach, jakie prawie minęły od ukazania się More Than a Woman, Toni Braxton i Babyface ponownie spotkali się w studiu. Nie po to, by tworzyć piosenki dla artystki, ale by dopisać nowy rozdział historii płyt nagrywanych przez gwiazdy w duetach. Toni i Babyface łączą nie tylko podobne muzyczne upodobania, ale i życiowe doświadczenie. Nic więc dziwnego, że ich album nosi tytuł Love, Marriage & Divorce. Oboje przeszli już przez wszystkie tytułowe etapy, wychodząc z każdego z nich z nowym bagażem emocji, które mogą wyładować w nowych kompozycjach.
Wspólny album Braxton i Babyface’a wydany został przez legendarną wytwórnię Motown, dla której płyty nagrywali tacy artyści jak Stevie Wonder, Lionel Richie czy Diana Ross. Mam wrażenie, że krążek Love, Marriage & Divorce powstał z podobnych pobudek co niedawno recenzowane przeze mnie Foreverly Nory Jones i Billiego Joe Armstronga. Z potrzeby serca, a nie portfela. Jednak żeby nie było już tak różowo – czy i wam nie wydaje się, że wytwórnia specjalnie przesunęła premierę płyty na pierwszą połowę lutego, by zdążyć przed Walentynkami? Wszak czym jest dzień zakochanych bez piosenek opowiadających o różnych odcieniach miłości. A takie serwują nam właśnie Toni z Babyface’m. Może więcej tu o miłosnych zawirowaniach i zakrętach niż miłości platonicznej, ale i tak słucha się tego świetnie.
Główną cechą albumu Love, Marriage & Divorce jest jego spójność. Mało która piosenka skupia na sobie uwagę. Wszystkie trzymają równy poziom. Są świetnie wyprodukowane, napisane i zaśpiewane. Nie kojarzę żadnej solowej piosenki Babyface’a, więc nie wiem, jak śpiewał kiedyś. Zaś Toni słucham od dawna i muszę przyznać, że w nowych kompozycjach brzmi zachwycająco i elegancko. No i niesamowicie kobieco. Ona jest stworzona do utworów z pogranicza soulu i r&b.
Zanim ukazała się płyta tego niezwykłego duetu, sądziłam, że nie będzie tu miejsca na solowe popisy. A jednak. W kołyszącym I Hope That You’re Okay usłyszymy samego Babyface’a. Zagrana na pianinie ballada I Wish to popis możliwości wokalnych Toni. Samą Braxton usłyszeć możemy również w żywszym I’d Rather Be Broke.
Z piosenek śpiewanych przez Toni i Babyface’a w duecie, polecić mogę singlowy kawałek Hurt You. Z początku piosenka jest spokojna, ale rozkręca się w refrenie. Nie wychodzi jednak poza pewną granicę. Od początku do końca pozostaje przebojową balladą. Gdyby artystom zamarzyła się popularność, powinni kolejnym singlem mianować kompozycję Heart Attack, która zaraża pozytywną energią i łączy w sobie pop i taneczne r&b. Nie obyło się również bez ingerencji komputerów. Piosenka z całego zestawu się wyróżnia, aczkolwiek ja zaliczyłabym ją do najsłabszych. Zaburza spójność całej płyty.
Co jeszcze przygotowali dla nas Braxton i Babyface? Chociażby rhythm’and’bluesowo-soulowe perełki w postaci Roller Coaster, Where Did We Go Wrong czy Take It Back. Warto sięgnąć również po lekko taneczne, zmysłowe Sweat, całkiem przebojowe Reunited oraz zamykające krążek The D World.
Byłam bardzo albumu Love, Marriage & Divorce ciekawa. Cieszyłam się na samą myśl, że nie dość, że Toni Braxton nie rezygnuje ze śpiewania, to jeszcze nagrywa z tym samym producentem, z którym stworzyła swoje najlepsze płyty. Na Love, Marriage & Divorce ani Toni, ani Babyface nie musieli nic nikomu udowadniać. Nagrali płytę, która z pewnością umili wielu osobom nie tylko Walentynki, ale i inne dni. Może nie ma tu wielu przebojowych piosenek i część osób słuchając płyty przyśnie już po piątym kawałku, ale nie można odmówić zestawowi przygotowanemu przez artystów uroku i klasy.


