Billie Joe Armstrong + Norah Jones – Foreverly (2013), recenzja Zuzanny Janickiej

On – wybuchowy, żywiołowy, mający na koncie kilka skandali. Ona – spokojna, skromna, czysta jak łza. Czy tych dwoje w ogóle mogło zamienić ze sobą choć słówko nie działając sobie na nerwy? Okazuje się, że nie tylko wymienić parę zdań, ale i… nagrać wspólny album.

Tajemniczy on jest Billie Joe Armstrongiem, liderem punk rockowego, działającego od ponad dwudziestu lat zespołu Green Day. Z kolei ona to Norah Jones, jazzowa wokalistka, której debiutancki (znakomity!) album Come Away With Me w swoich domach ma ponad dwadzieścia pięć milionów osób. Jak to się stało, że tych dwoje postanowiło połączyć siły we wspólnym projekcie? Powiem wam, że sama nie wiem. Pojawienie się Foreverly skutecznie zaburzyło moją ciekawość, dlaczego album ten został nagrany. Jednak znając oboje artystów na pewno nie zostało to zrobione dla kasy. Dla mnie Foreverly jest raczej pięknym, choć niespodziewanym prezentem.

Tytuł wspólnego albumu Billie’go i Nory interpretuję na dwa sposoby. Chociaż w języku angielskim nie ma takiego słówka jak foreverly, ale co szkodzi mi odjąć niewygodną końcówkę i zostawić samo forever. Piosenki, po które sięgnęli artyści to tradycyjne amerykańskie utwory, których autorów dzisiaj wskazać się po prostu nie da oraz, z drugiej strony, kompozycje, które powstały w pierwszych dekadach XX wieku. To, że mimo upływu lat ludzie wciąż o nich pamiętają, świadczyć może, że są to piosenki nieśmiertelne, które zostaną z nami na zawsze.

Drugi sposób, w jaki interpretować można tytuł albumu, sporo mówi nam o samej koncepcji płyty. Rozdzielmy For od Everly i dodajmy słówko Brothers. The Every Brothers to nazwa duetu (rodzinnego, jak sama nazwa wskazuje), który działał od lat 50. do 80. Wchodzący w jego skład bracia, Don i Phil, dokładnie pięćdziesiąt pięć lat temu nagrali album Songs Our Daddy Taught Us składający się z amerykańskich klasyków. Dziś Norah i Billie oddają braciom Everly hołd i nagrali swoją wersję ich pamiętnego krążka.

Może ciężko w to uwierzyć, ale nagrywanie Foreverly trwało jedynie dziewięć dni. W studiu zaś Jones i Armstrongowi towarzyszyło tylko kilka osób – gitarzysta, perkusista, skrzypek. Norah i Billie nie ograniczyli się do samego śpiewu, ale sami złapali za instrumenty (m.in. pianino, gitarę akustyczną i elektryczną). Udowodnili, że mając dobre kompozycje, dużo chęci i nie czując presji da się bardzo dobry album nagrać nawet w tak krótkim czasie.

Pierwsze, na co zwróciłam uwagę włączając wspólne piosenki Billie’go i Nory, to to, że nie ma podziału na „twoje partie, moje partie”. Artyści śpiewają jednocześnie, co jest trudną sztuką.

Krążek otwiera utrzymane w stylu country Roving Gambler. Jest to w miarę szybka kompozycja, podczas której słuchania nogi same rwą się do tańca. Pokołysać się można również przy niesamowicie uroczym Long Time Gone, Oh So Many Years oraz gitarowym Silver Haired Daddy of Mine. Spokojniej robi się przy lekkim, nieco sennym Lighting Express. Fani cichych, kojących piosenek koniecznie powinni sięgnąć po pięknie zaśpiewane, emocjonalne Down in the Willow Garden; ujmujące Who’s Gonna Shoe Your Pretty Little Feet; zagrane na pianinie Rockin’ Alone (In an Old Rockin’ Chair) oraz utrzymane w podobnej stylistyce Put My Little Shoes Away. Warto sięgnąć również po Kentucky, w którym głosy Billie’go i Nory brzmią niezwykle błogo i przyjemnie.

Nie we wszystkich utworach Armstrong i Jones śpiewają razem. W Barbara Allen, w tle którego słuchać smyczki, początek należy do lidera Green Day. Norah dołącza się dopiero po pewnym czasie. Jazzowa wokalistka również ma swoje pięć minut. Należy do niej rozpoczynające się prawie a capella (muzyka gra, a zaraz na chwilkę cichnie) I’m Here to Get My Baby Out of Jail. Chociaż utwór stylistycznie nie odbiega od zawartych na albumie piosenek, nie da się nie zauważyć, że melodia jest nieco bardziej wyrazista niż w pozostałych kompozycjach.

Po przesłuchaniu Foreverly nie mogłam nie poznać Songs Our Daddy Taught Us The Every Brothers. Zwróciłam uwagę na to, że oba albumy łączy nie tylko ten sam repertuar, ale i klimat. I to właśnie on jest wielką zaletą tego krążka. Nagrać swoje wersje cudzych kompozycji jest łatwo. Zrobić to równie dobrze co oryginalny wykonawca – nieco trudniej. Ale przywołać klimat tamtych utworów? To dopiero sztuka.

Czytaj również