Gdyby jeszcze kilka lat temu ktoś się mnie zapytał, kto rządzi w hip hopie, bez wahania odpowiedziałabym: jak to kto? Faceci! Jednak lata lecą i, jak wynika z moich obserwacji, palmę pierwszeństwa przejmują kobiety. Wciąż rymujących pań jest dużo mniej niż mężczyzn, ale to sprawia, że łatwiej skupić na nich swoją uwagę. Nie trzeba się śpieszyć z poznawaniem ich twórczości, bo pojawił się na rynku ktoś nowy, kto zasypuje nas swoimi nagraniami. Można poświęcić im więcej czasu, a co z tym idzie, lepiej je poznać.
Missy Elliott ostatnią płytę wydała w 2005 roku. Ponoć pracuje nad kolejną, ale częściej usłyszeć ją można rapującą w cudzych numerach. W zeszłym roku z zimowego snu obudziła się Eve. Jednak jej pierwszy od przeszło dziesięciu lat album Lip Lock przeszedł bez echa. Lil’ Kim częściej na usta wszystkich trafia z powodu swojego wyglądu, a nie muzyki. Lukę po nich zapełniło nowe pokolenie raperek. Największą karierę zrobiła Nicki Minaj. Jednak wielu osobom zakochanym w hip hopie jej twórczość przeszkadza. Uważają, że jest zbyt komercyjna i plastikowa. Może bardziej do gustu przypadną im kontrowersyjne Azealia Banks i Iggy Azelea. Jednak im doczekamy się w końcu ich debiutanckich krążków, przetestować możemy bohaterkę dzisiejszej recenzji – Angel Haze, której pierwszy longplay ukazał się pod koniec 2013 roku.
Młodą raperkę kojarzę z dwóch nagrań. Pojawiła się ona bowiem w remixie utworu I Love You Woodkida oraz zarapowała w gitarowym, spokojnym Shit, Man! Skylar Grey. Nie były to jednak jej muzyczne początki. Ma na koncie kilka mixtape’ów oraz epkę New York EP. Jednak prawdziwym sprawdzianem jest longplay. Zdała czy też oblała test?
Utwory Angel z pewnością przypadną do gustu osobom, które mają dość bardziej popowych niż hip hopowych piosenek Nicki Minaj. Haze, moim zdaniem, nie tylko dobrze rapuje (momentami wypluwa z siebie słowa z szybkością karabinu maszynowego), ale i nieźle śpiewa. A to na tle mocnych, szybko wpadających w ucho muzycznych podkładów urozmaiconych nieirytującą elektroniką.
http://www.youtube.com/watch?v=M3jKU3Z7fVk
Album rozpoczyna się utworem Sing About Me. Nieco na początku przestraszył mnie elektroniczny bit, ale dziś nie wyobrażam sobie tej kompozycji bez lekkiej ingerencji komputerów. Piosenka idealnie nadaje się na duet. Rapowane zwrotki, śpiewany refren. Angel mogła zaprosić jakąś wokalistkę do współpracy, ale najwyraźniej wolała być samowystarczalna. Inaczej najwyraźniej myślała w Battle Cry, którego to refren wyśpiewuje Sia. Nie jest to moja ulubiona piosenka na Dirty Gold, ale doceniam w niej połączenie mocnych brzmień z dźwiękami, zepchniętego na drugi plan, pianina. Instrument ten wyraźniej słychać (przynajmniej przez kilka chwil) w nieco rhythm’and’bluesowym Planes Fly.
Singlowy kawałek Echelon (It’s My Way) to jedna z najszybciej wypadających w ucho piosenek. Następująca po nim A Tribe Called Red rozpoczyna się krótką przemową Angel, z której dowiadujemy się, że muzyka jest dla niej wszystkim. Kawałek charakteryzuje się użyciem sporej dawki elektronicznych ozdobników, w ruch poszły syntezatory. W Deep Sea Diver Haze nie wyrzuca z siebie słów z taką energią i agresją co chociażby w poprzedzającym to nagranie A Tribe Called Red. Mamy również dobrą okazję do sprawdzenia, jak Angel radzi sobie ze śpiewaniem. Black Synagogue to jedna z tych piosenek z Dirty Gold, których pominąć nie można. Może tym razem śpiewająca Angel nie przypadła mi do gustu, ale rapowane fragmenty uważam za jedne z najlepszych na krążku. Warto zwrócić uwagę na samą muzykę – nie tak dynamiczną, jak w pozostałych nagraniach, ale nieco mroczniejszą i ciemniejszą.
Nie potrafię przekonać się do nieźle wykonanego, ale trochę za wolnego Angels & Airways. To mój jedyny problem z Dirty Gold. Natomiast polecić mogę charakteryzujące się w miarę stonowanym podkładem April’s Fool; posiadające ciekawą, niebanalną melodię (mi przywodzącą na myśl m.in. bollywoodzkie klimaty) White Lilies/White Lies oraz tytułowe Dirty Gold – z początku delikatna, gitarowa muzyka ustąpiła miejsca mocniejszym bitom, ale wciąż (podobnie jak w Battle Cry) pogrywa w tle, przejmując w refrenie palmę pierwszeństwa. Zaczynająca się intrygująco (ten jakby kościelny chórek!) Black Dahlia jest jedną z najlepszych piosenek na albumie. Pełna gniewu Angel rapuje na tle przebojowych brzmień, będących syntezą rockowych, hip hopowych i elektronicznych melodii.
Podsumowanie będzie krótkie, bo co miałam napisać, już napisałam. Mam nadzieję, że Angel nie będzie wokalistką jednej płyty i że w przyszłości uważnie będzie dobierać współpracowników. Niech zostanie w tej swojej niszy, jedną Nicki Minaj już mamy.


