Warstwa liryczna utworów często okazuje się najsłabszym elementem wielu płyt. W przypadku reedycji debiutanckiej płyty skrzypaczki Lindsey Stirling, na szczęście, nie miałem z tym problemu. Alexander Rybak albo Jelonek w żeńskiej odsłonie?
Lindsey Stirling zaczęła uczyć się gry na skrzypcach w wieku 5 lat. Po 12 latach nauki dołączyła do zespołu rockowego Stomp on Melvin, z którym grała prawie rok. W 2010 roku postanowiła wziął udział w piątej edycji programu American’s Got Talent, jednak odpadła z niego na etapie półfinałów. Pomimo porażki w talent-show, skrzypaczka postanowiła zacząć nagrywać swoje utwory i publikować je na serwerze Youtube. Wówczas zaczęła również prace nad debiutanckim materiałem autorskim. Dwa lata później, 18 września 2012 roku skrzypaczka wydała swoją pierwszą płytę – Lindsey Stirling. 29 października br. ukazała się re-edycja albumu. Oba krążki wydała wytwórnia BridgeTone.
Album otworzył utwór Electric Daisy Violin, który wprowadził w klimat całości. Świetne połączenie skrzypiec z muzyką elektroniczną skojarzyło mi się z naszym rodzimym Michałem Jelonkiem. W dwóch kolejnych kompozycjach – Zi-Zi’s Journey i Crystallize – wszystko zostało wzbogacone o brzmienia dubstepowe. Płyta zyskała dzięki temu niebanalne połączenia, a kolejnych kawałków słuchało się z przyjemnością.
Jednym z najciekawszych utworów z Lindsey Stirling jest spokojna, hip-hopowa Song of the Caged Bird, która okazała się najbardziej liryczną propozycją z płyty. Nie bez przyczyny artystka została nazwana w American’s Got Talent „skrzypaczką hip-hopową”. Niespotykane połączenie od razu zdobyło moje serce, dzięki czemu utworu słuchało mi się z przyjemnością. W podobnie intrygujący sposób zaczyna się Moon Trance, który po kilku iście mrocznych brzmieniach zamienił się w dynamiczny, wpadający w ucho kawałek. A jeżeli o chwytliwości mowa, nie można nie zwrócić uwagi na rytmiczne Minimal Beat, które uważam za najciekawszą propozycję z całego albumu.
Tego samego nie można powiedzieć o Transcendence i Shadows, które pomimo kilkukrotnego przesłuchania w ogóle nie wywołują żadnych emocji, poza znużeniem i wrażeniem powtarzalności całości. Zupełnie inną opinię należałoby wystawić dwóm zamykającym album utworom – dynamicznemu Anti Gravity z dość wieloma elementami dubstepu oraz elektrycznemu Stars Align, na którym skrzypaczka… zaśpiewała.
Albumu Lindsey Stirling słucha się z przyjemnością, to trzeba przyznać. Niespotykane połączenia skrzypiec z muzyką elektroniczną, dubstepem czy rapem nieczęsto pojawiają się na rynku, a więc duży plus za pomysłowość i wykonanie. Na płycie znalazły się perełki w postaci Minimal Beat, Song of the Caged Bird czy Crystallize, które ukazały całe piękno klasycznego brzmienia tego małego instrumentu strunowego. Momentami jednak czegoś zabrakło: świeżości, czegoś zaskakującego. Fanom skrzypiec polecam, a mi pozostaje czekać na drugi album Stirling, z większą ilością wokalu, który zaprezentowała w Stars Align.

