Avril Lavigne – Avril Lavigne (2013), recenzja Zuzanny Janickiej

Naczelna nastolatka muzycznego biznesu powraca z nowym, piątym już, studyjnym albumem. Krążek zatytułowany mało oryginalnie, lecz i ryzykownie, Avril Lavigne w sklepach pojawił się parę dni temu. Przed jego przesłuchaniem zastanawiałam się, czy Lavigne, która w końcu trzydziestkę na karku prawię ma i doświadczeniem życiowym mogłaby obdzielić kilka innych kobiet, weszła w muzyczną dorosłość. Zaraz ktoś powie, co za głupoty wypisuję, skoro miesiące wcześniej artystka ujawniła dwa single (Rock N Roll oraz Here’s to Never Growing Up), które wskazywały, że Avril wciąż ma więcej energii niż niejedna nastolatka. Ja jednak, nauczona doświadczeniem, nie daję sobie zamydlić oczu piosenkami, które promują dany album. Nieraz przecież zawartość od singli bywa inna, lepsza. A jak jest w przypadku Avril?

Poczynania Lavigne na scenie muzycznej obserwuję od ładnych paru lat (jej The Best Damn Thing z 2007 roku jest jedną z pierwszych płyt, które kupiłam). Artystka zadebiutowała w 2002 roku całkiem udanym, niezwykle naturalnym Let Go. Była zbawieniem dla wszystkich zbuntowanych nastolatek, które zewsząd atakowano nagraniami Britney Spears. Potem przyszła kolej na jeszcze lepszy album – mroczniejsze i cięższe w porównaniu do debiutu Under My Skin, które dla mnie jest szczytem możliwości Avril. Wokalistkę ciężko rozpoznać było na The Best Damn Thing. Bardziej popowy niż rockowy krążek spędzał sen z oczu wielu fanom artystki. Przebojowości mu jednak odmówić nie można, a zawarte na nim ballady (m.in. Innocence czy When You’re Gone) zachwycają mnie do dziś. Nie mogę tego powiedzieć o spokojnych piosenkach z Goodbye Lullaby. Chociaż jest to album mniej różowy niż poprzedni i składający się w dużej mierze z ballad, nie wywoływały one u mnie żadnych emocji.

Pierwszy singiel Here’s to Never Growing Up, który wokalistka z Avril Lavigne wypuściła, jest pop rockową piosenką, która chyba najlepiej oddaje nam osobowość artystki. Bez owijania w bawełnę Lavigne wznosi toast za to, byśmy nigdy nie dorastali. Jakże bym się mogła pod tym podpisać… . Kolejny singiel – Rock N Roll – to żywsza kompozycja w stylu piosenek zawartych na The Best Damn Thing. Z rock & rollem ma tyle wspólnego, co nowe utwory Jessie J z oryginalnością. Nic. Te dwie piosenki pokazały, że Avril bliżej jest do nastolatki niż dojrzałej kobiety. Jednak jest jeszcze trzeci – Let Me Go – który wokalistka wykonuje ze swoim mężem, Chadem Kroegerem (lider Nickelback). Ta pop rockowa ballada nie tylko jest jedną z najlepszych piosenek na Avril Lavigne, ale pretenduje do miana najpiękniejszego utworu w twórczości artystki.

Równie udane co Let Me Go są jeszcze trzy inne kompozycje. Należy od nich, bez dwóch zdań Give You What You Like, które jest uroczą, pięknie zaśpiewaną balladą przywodzącą mi na myśl spokojne utwory w wykonaniu The Pretty Reckless. Uwielbiam też emocjonalne, wzruszające Hush Hush. Nie potrafię również przejść obojętnie obok jednego z najciekawszych duetów ostatnich miesięcy – Bad Girl. Avril zaprosiła do współpracy Marilyna Mansona. Ich wspólna piosenka jest szybka, dynamiczna i… rewelacyjna! Bad Girl to najbardziej gitarowa piosenka na krążku.

A co jeszcze przygotowała dla nas Avril? Mamy tu chociażby lekkie 17, w którym wokalistka cofa się myślami do przeszłości. Jednak sama muzyka nie kojarzy mi się z czasami albumu Let Go, który Lavigne nagrywała mając właśnie siedemnaście lat. Ciekawie przedstawia się pogodne, akustyczne (momentami) Bitchin’ Summer, które spokojnie może robić za muzyczny podkład do wakacyjnych miesięcy. Piosenkę urozmaica coś na kształt rapu w bridge’u. Utwór You Ain’t Seen Nothin’ Yet to kawałek, który do Avril pasuje jak ulał. Podobnie zresztą jak Sippin’ on Sunshine, które jest piosenką z serii „szczęśliwa i radosna twórczość Lavigne o tym, jaki mamy piękny dzień”. Pozazdrościć optymizmu. Hello Heartache to balladopodobna kompozycja, w których  nieco irytują mnie fragmenty, kiedy chórek nuci la la la. Po co jeszcze bardziej ten kawałek dosładzać? Akustyczne, delikatne Falling Fast z pewnością zadowoli wszystkie romantyczki.

Osobny akapit postanowiłam poświęcić piosence Hello Kitty. Długo zastanawiałam się, co robi ona na Avril Lavigne. Doszłam do wniosku, że wokalistka musiała przegrać jakiś zakład i stąd obecność na nowej płycie tego nagrania. Inaczej wytłumaczyć tej katastrofy nie umiem. Zawsze ceniłam to, że Avril w dobie muzyki elektronicznej pozostaje wierna żywym instrumentom. Jakikolwiek efekt osiągała. Jednak i ona postanowiła spróbować swoich sił w electropopie i dubstepie, czego rezultatem jest najgłupsza piosenka w jej karierze – Hello Kitty.

Avril Lavigne nie jest albumem, który by mną wstrząsnął. To raczej dobry krążek z kilkoma mocnymi piosenkami (Let Me Go, Bad Girl) i paroma, które im ustępują. Cieszę się, że Avril wyciągnęła wnioski z nie najcieplejszego przyjęcia Goodbye Lullaby i nagrała ciekawszy, mniej banalny album. Ciężko mi stwierdzić, czy wokalistka wreszcie dojrzała i przestała być wieczną nastolatką. Dlatego przestanę się jej o to czepiać. Niech będzie po prostu sobą – pop rockową wokalistką. Tylko niech porzuci eksperymenty z elektroniką.

avril_lavigne_album_a_p

Czytaj również