To nie był zwykły koncert – to była pierwszoligowa impreza. Krytycy mogliby powiedzieć, że śpiewać trzeba umieć, ale tak samo trzeba umieć robić show. Tommy Cash doskonale zdaje sobie z tego sprawę i z pełną premedytacją zrzucił na fanów sporą bombę. Dla tych, którzy widzieli go już wcześniej, nie powinno to być zaskoczeniem… ale czy na pewno?

Poznański klub B17 widział już wiele – od lokalnych gwiazd po eurowizyjne klimaty, ale to, co zaserwował Tommy Cash, nie mieści się w żadnych dotychczasowych ramach. 22 października stał się ostatnim przystankiem Polsce, będącym częścią europejskiej trasy. W minionych tygodniach Estończyk odwiedził takie miasta jak Londyn, czy Amsterdam – a czekają go Berlin, Madryt, Paryż czy Stambuł.
Mylnym byłoby jednak założenie, że polski finał będzie choć odrobinę odstawał od pozostałych koncertów. Tommy zadbał, żeby każdy – od najmłodszych (a było ich zaskakująco wielu) po najstarszych – wyszedł z klubu spocony, z szerokim uśmiechem na twarzy i chociaż delikatnym ubytkiem słuchu.
Na dzień dobry rozbrzmiał największy hit. Cały klub jednogłośnie odśpiewał Espresso Macchiato, podczas gdy Cash tryumfalnie dyrygował tłumem – samemu nieszczególnie wysilając się wokalnie. W eurowizyjnym duchu zabrzmiały też United By Music (niestety bez Joosta) oraz It’s Crazy It’s Party (również bez Käärijy). Już wtedy stało się jasne, że to nie będzie zwykły koncert, tylko kontrolowany chaos, któremu trudno się oprzeć.
Magia występu Tommy’ego polegała na jego prostocie. Na scenie nie było żadnych fajerwerków, żadnej orkiestry. Tylko on, DJ i Kajtek Januszkiewicz – viralowy tancerz, który dbał o to, by widownia pozostawała mokra. I nie, nie jest to przenośnia. Polak dosłownie polewał tłum butelkami wody.
Kajtek nie był jedynym polskim akcentem wieczoru. Głośno wybrzmiało Benz-Dealer, nagrane z Quebonafide. A to wcale nie koniec niespodzianek – Cash tradycyjnie w każdym kraju wykonuje utwór nawiązujący do lokalnej sceny. Poprzednie polskie miasta dostały Poland Lil Yachty’ego oraz Gdzie Jest Biały Węgorz (Zejście) Cypisa. Poznań usłyszał natomiast… Przez Twe Oczy Zielone. Widok Tommy’ego Casha, który z szerokim uśmiechem kiwa się w rytm disco polo Zenka Martyniuka z całym klubem, był absolutnie bezcenny.
Z każdą minutą półtoragodzinnego show brzmienia stawały się coraz cięższe. Techno wersje Winaloto, Little Molly czy UNTZ UNTZ (niestety, bez kultowego teledysku) rozgrzewały klub. Wszystko to spinały psychodeliczne wizualizacje – mieszanka demotywatorów rodem z początków platformy i eksperymentów ze sztuczną inteligencją.
Koncert zamknęła klamra kompozycyjna. Publiczność ponownie odśpiewała Espresso Macchiato, tym razem bez udziału reżysera całego zamieszania. Na scenie pojawiło się czterech polskich „Tommych Cashów” w granatowych marynarkach i zbyt długich krawatach, w tym jeden, który mógł mieć może dziewięć lat. I to właśnie kilkuletni, rozśpiewany fan skradł serce estońskiego artysty, śpiewając autorską wersję piosenki.
Tommy Cash w Polsce zrobił swoje, i to trzykrotnie. Był to niewątpliwie popis umiejętności scenicznych, które należy docenić. Czy wokalnie i artystycznie był to koncert z najwyższej półki – takiej oceny każdy może dokonać sam. Ale warto pamiętać, że dobra zabawa ma wiele imion – a jednym z nich na pewno jest Tommy Cash.


