Nowy rozdział, ta sama dobra Kesha. Kesha — Period, 2025 (recenzja)

Po długoletnich bataliach sądowych ze znanym producentem Dr. Lukiem (Lukasz Gottwald), Kesha odzyskała artystyczną wolność, założyła własną wytwórnię i pod jej szyldem wydała pierwszy niezależny album — „.” (Period). Okładka przedstawiająca usta z różową kropką, będącą symbolem całej ery, ma oznaczać nie tylko uzyskaną swobodę w tworzeniu muzyki, ale przede wszystkim odcięcie się od wszystkiego, co zdarzyło się do tej pory i postawienia kropki. Na Eat The Acid (oryginalnie — Gag Order) Kesha rozliczała się z bolesnymi doświadczeniami, które towarzyszyły jej przez lata. „.” (Period) to zamknięcie etapu, spojrzenie na traumatyczne przeżycia z pewnością siebie, zrozumieniem, dystansem i humorem, a wszystko w popowej, elektronicznej aranżacji.

Całość otwiera ponad sześcio-minutowe FREEDOM., które zaczyna się przepięknym, emocjonalnym intrem z eterycznym śpiewem wokalistki. Z jej ust głośno pada „Freedom, I’ve been waiting for you”. Jednak przejście do dalszej części piosenki zapowiada, że płakać i smucić się nie będziemy. To finalnie beztroska piosenka o wolności, ze świeżym, elektronicznym brzmieniem. Taki właśnie będzie w większości nastrój całego krążka i w takim klimacie przechodzimy do prawdopodobnie jednej z najlepszych piosenek w jej karierze i najmocniejszego singla z płyty — JOYRIDE. Jej pierwsza niezależna piosenka wyróżnia się przede wszystkim dźwiękami akordeonu, który dodaje fajnego klimatu i łączy elektroniczny pop ze stylem polki.

YIPPE-KI-YAY. prezentuje się jako zwariowany, powolny kawałek w kowbojskim styku z lekko irytującym refrenem. Jednak i on wpada w ucho, wprawiając w dobry nastrój. W DELUSIONAL. Kesha rozlicza się ze swoim byłym partnerem, któremu może być wdzięczna jedynie za dostarczenie inspiracji do kolejnej piosenki. To elektroniczna ballada przywodząca na myśl jej dawną twórczość, jednak nieco monotonna i ostatecznie jedna z najsłabszych na płycie.

Dużo ciekawiej robi się już w kolejnym utworze — RED FLAG. Eksplozja energii i numer brzmiący jak żywcem wyjęty z ery recession pop — z łatwością odnalazłby się na jednym z jej pierwszych albumów. W LOVE FOREVER. zwalniamy tempa, a elektroniczny beat zamieniamy na powolne disco. To nie jest zła piosenka, ona jest po prostu lekko monotonna i nudna. To kawałek, który w całości albumu brzmi okej, ale sam w sobie nie zachęca, by do niego wracać.

THE ONE. to jeden z najmocniejszych momentów na płycie. Utwór otwiera pogodna melodia trąbki, która wprowadza w klimat pozytywnego, popowego hymnu o miłości do samej siebie. Kesha wprost przyznaje, że to właśnie siebie zawsze szukała — a teraz, gdy się odnalazła, jest szczęśliwa i nie potrzebuje nikogo innego. W kolejnym hicie (bo istotnie hitem nazwać to trzeba), artystka trochę zaprzecza temu, co postulowała przed chwilą. Teraz jest już mniej zadufana w sobie i sugeruje, że wręcz szaleje za chłopakami. BOY CRAZY. jest prawdopodobnie najostrzejszym utworem na płycie. Szybki, krótki i mocno elektroniczny, uzupełniony o zniekształcony wokal przypominający męski głos. Właśnie dzięki temu natychmiast wpada w ucho.

W GLOW. Kesha, pewna swojej wyjątkowości, nie pozostawia złudzeń mężczyźnie, z którego i tak nic by nie było. Utwór ma formę muzycznego roastu byłego partnera, a lekka melodia i hojnie użyty autotune dodają oryginalności całej kompozycji.

TOO HARD. to melancholijny utwór, który znów wyraźnie kontrastuje z przesłaniem poprzedniej piosenki. A może artystka, układając tracklistę, celowo stworzyła emocjonalny chaos i rollercoaster nastrojów? Tym razem Kesha wyznaje bezwarunkową miłość osobie, która ją głęboko zraniła. Czy to ten sam adresat, któremu poświęciła wcześniejsze kawałki? TOO HARD. pozostaje na pewno jednym z moich ulubionych momentów na płycie. Smutne, elektroniczne popowe numery to dokładnie to, czego zawsze potrzebuję w muzyce.

Ostatnią piosenką na standardowej wersji albumu jest emocjonalna ballada CATHEDRAL., w której Kesha zanurza się we własnej duchowości i rozlicza z mrokiem przeszłości, który, jak twierdzi, był potrzebny i doprowadził ją do nowego życia. Odnajduje właściwą drogę i siłę dzięki samej sobie, dlatego mówi o sobie językiem religijnych symboli. Choć CATHEDRAL. wyraźnie różni się od reszty płyty, wpisuje się w nią znakomicie. W pełni pokazuje wokalny talent artystki i stanowi świetne zwieńczenie historii rozpoczętej melancholijnym intrem FREEDOM. Zresztą nawet na albumie wypełnionym po brzegi elektroniczno-klubowymi brzmieniami, ta jedna spokojniejsza i refleksyjna piosenka odnajduje się znakomicie. Wie o tym doskonale Lady Gaga — wie o tym, jak widać, także Kesha.

Na kompletnej wersji albumu — „. (…)” — znalazły się również lekko głupawe, ale wpadające w ucho, feministyczne TRASHMAN., mocny klubowy majstersztyk w towarzystwie Slayyyter i Rose GrayATTENTION! oraz remiksy wydanych już singli. O tym, jak Kesha uwielbia chłopaków, postanowiła również zaśpiewać ze świetną JADE, która po rozpadzie słynnego girlsbandu Little Mix w muzyce pop radzi sobie znakomicie. Ich wspólna wersja BOY CRAZY. brzmi jeszcze lepiej i pobudza jeszcze bardziej.

Kesha w swojej pierwszej erze po odzyskaniu niezależności podarowała nam sporo świetnej muzyki pop, z której już przecież ją dobrze znaliśmy. To tak naprawdę stara, dobra Kesha — ta sama imprezowa, pewna siebie dziewczyna, ale tym razem wolna, silniejsza i szczęśliwsza niż kiedykolwiek wcześniej. Stworzyła ten album dokładnie tak, jak chciała i chyba każdy jej wierny fan potrzebował go właśnie w takim stylu. Dla wszystkich stęsknionych za muzyką z ubiegłej dekady, chcących posłuchać pobudzających utwórów znajdą się na „.” (Period) fajne momenty. Jeden z najlepszych albumów pop ostatnich lat. Koniec i kropka.

Czytaj również