Spektakularny powrót Palaye Royale do Krakowa. Relacja z koncertu zespołu

Dwa lata temu wiedziałam, że udział w koncercie Palaye Royale był niezapomnianym przeżyciem i już wtedy planowałam obecność na kolejnych wydarzeniach zespołu. Teraz, po drugim koncercie w krakowskim Studio, jestem w stu procentach pewna, że grupa daje jedne z najlepszych show w naszym kraju. Nic dziwnego, że tak chętnie wracają do Polski, a koncert w Krakowie sprawił, że to wydarzenie na długo zapisze się w historii zespołu. Organizatorem wydarzenia była agencja Live Nation Polska.

Tym razem supportem grupy był polski wokalista wiśniosz. Jako fanka uważam, że był to strzał w dziesiątkę, dzięki któremu oczekiwanie na Palaye Royale minęło znacznie przyjemniej. Oprócz wykonywania własnych utworów wiśniosz zagrał także cover The Middle zespołu Jimmy Eat World. Wspomniał przy tym, że według jego znajomego Marka nie da rady wykonać piosenki Justina Biebera… przyjął to wyzwanie. Nie była to jednak klasyczna popowa wersja, lecz emo cover utworu Love Yourself, który – moim zdaniem – miałby ogromny potencjał na hit wśród fanów tego gatunku. Nie zabrakło również krótkich historii z życia oraz najważniejszych piosenek z jego dyskografii, takich jak Kocham wampirzycęczuję się jak w orange county czy ciepła podłoga w łazience o drugiej w nocy. Po swoim występie zaprosił fanów do stoiska z merchem na rozmowy i ewentualny zakup pamiątki z jego show.

Występ głównych gwiazd wieczoru rozpoczął singiel o tym samym tytule co album, czyli Death or Glory. Tłum ochoczo wiwatował i wyśpiewywał razem z wokalistą Remigtonem Leithem słowa piosenki. Tym samym bracia Remington, Sebastian oraz Emerson oficjalnie powitali publiczność na trasie Death or Glory Tour.

Setlista była zróżnicowana, a na niej przeważały utwory z najnowszego albumu grupy. Zabrakło mi jedynie na setliście mojego faworyta z tej płyty, czyli singla Ache In My Heart. Mimo to obecność Addicted to the Wicked & Twisted oraz For You zrekompensowała mi brak tej pozycji. Wybrzmiały ważne single w karierze braci czyli, No Love In LA, Mr. Doctor Man, czy Dying In A Hot Tub. Były także nieco wolniejsze momenty utrzymane w rockowym duchu, które dostarczyły utwory Fever Dream z dedykacją dla zmarłej mamy muzyków oraz For You zagrane przed bisem.

Między zespołem a publicznością była ogromna więź. Wielokrotnie Remington wychodził bądź zeskakiwał ze sceny, żeby śpiewać wraz z fanami, czy to przez barierkę, bądź w pogo. Udało mu się także wziąć rysunek od rana oraz pożyczył od fanki tęczowy wachlarz w trakcie Dying In A Hot Tub. Najbardziej spektakularnym momentem wieczoru był jednak skok z balkonu w utworze Lonely. Wzorując się na poprzednim krakowskim koncercie, ponownie zdecydował się na ten wyczyn, lecz tym razem nie wybrał prawej strony, jak dwa lata wcześniej, a wylądował prosto w centrum tłumu, gdzie czekał ogromny materac. Publiczność, niczym fala na morzu, przeniosła go z powrotem na scenę, gdzie dołączył do swoich braci. 

Warto dodać, że Sebastian podczas swoich gitarowych popisów także wychodził do fanów na barierki, zaś Emerson skoczył w tłum fanów i uczestniczył razem z nimi w jednym z wielu moshpitów wieczoru.

W trakcie koncertu tłum także wykrzykiwał w stronę Remingtona hasło „show your ass” początkowo w języku polskim, a później, na prośbę muzyka o przetłumaczenie tego zdania, w języku angielskim. Tekst padł kilka razy głównie podczas przerw między utworami. Sam zainteresowany stwierdził, że publiczność na to nie zasługuje, chyba że zawyżą wysoko poprzeczkę. Jak widać polskie hasło koncertowe króluje także u zagranicznych wykonawców.

Koncert Palaye Royale był istnym szaleństwem. Zespół dostarczył tyle endorfin, że do dziś trudno mi uwierzyć, jak perfekcyjnie i z pasją oddali się krakowskiej publiczności. Tak samo jak dwa lata temu tak i teraz mogę z czystym sumieniem polecić koncerty tej pop rockowej kapeli. A Palaye Royale utwierdzili mnie w przekonaniu, że wciąż warto ich mieć na swojej liście must have’ów koncertowych.

Czytaj również