Krakowska podróż w czasie z Jonas Brothers. Relacja Julii Maciąg

5 lat temu ich powrót na rynek muzyczny był przełomowym wydarzeniem wśród fanów Jonas Brothers. Teraz zespół przez rok koncertował, promując album o zwięzłym tytule The Album. Ostatecznie trasa przerodziła się w sentymentalną podróż w czasie przez wszystkie albumy, jakie bracia Jonas wspólnie nagrali. Na trasie został uwzględniony także polski akcent. Kraków, bo o nim mowa, stał się 16 października historycznym przystankiem, w którym Kevin, Joe i Nick mieli okazję zagrać przed polską publicznością. Nie tylko to był pierwszy koncert w Polsce, ale był też zamknięciem najdłuższej trasy koncertową chłopaków. 

Przed koncertem można było usłyszeć na scenie w Tauron Arenie brytyjską wokalistkę Mimi Webb. Przyznam, że jej charyzmatyczny głos skojarzył mi się ze stylem Tate McRae oraz Becky Hill. Co mnie zaskoczyło najbardziej to fakt, że na supporcie pojawiło się sporo fanów wokalistki. Nie miałam okazji być na całym supporcie, ale udało mi się przynajmniej usłyszeć największy hit wokalistki Good Without, który wykonała z lekkością oraz klasą, że byłam oczarowana.

Warto też dodać, że po występie Mimi Webb podczas DJ setu pojawiła się promocja solowego materiału Joe Jonasa, który wychodzi 25 października. Music For People Who Believe In Love promują single Work It Out oraz What This Could Be, który towarzyszył zgromadzonym na arenie przed wejściem zespołu na scenę. Po cichu liczyłam, że ten utwór zagra Joe podczas trasy, jednak tak się nie stało. To mnie utwierdziło w przekonaniu, że muszę się wybrać na jego solowy koncert (o ile takowy miałby miejsce).

Całe show rozpoczęła orkiestra grająca utwór Wings, budując napięcie przed tym, co szykują bracia. Już na pierwsze dźwięki Celebrate! publiczność została rozgrzana, a Jonasi zaczęli występ. Już po What A Man Gotta Do stwierdziłam, że nie będzie nudy i miałam rację!

Krakowski koncert był 104. koncertem Jonasów, co podkreślił sam Nick podczas przywitania z publicznością. Wprowadził ją także w cały pomysł, jaki stworzył z Kevinem i Joe, czyli w sentymentalną podróż w czasie. Każda część poświęcona danemu albumowi składała się z największych przebojów danego krążka, a także w zlepek mniej popularnych piosenek. Jestem pozytywnie zaskoczona ideą przerywników poprzedzające każdy album w postaci utworów z The Album. Zdecydowanie wyszło to na korzyść dla zespołu, aby w pewnym stopniu przypominać fanom o promocji najnowszego wydawnictwa. 

Największy zachwyt zaobserwowałam wśród fanek w trakcie prezentacji albumu Jonas Brothers oraz piosenek z filmu Camp Rock. Nic dziwnego skoro na przełomie lat 2000. i 2010. byli bożyszczami nastolatek oglądających na okrągło Disney Channel. Sama stacja miała wpływ na znaczną część kariery braci Jonas, więc zachwyty w trakcie tej części koncertu były zrozumiałem. Oprócz największych hitów S.O.S. czy Hold On najbardziej poruszyły mnie Hello Beautiful oraz When You Look Me In The Eyes, zagrane na drugiej, mniejszej scenie z ustawionym fortepianem i przegrywającą wokół braci wiolonczelistką.

Wrzaski i harmider dźwięków nie ustał podczas drugiego albumu A Little Bit Longer, a w szczególności podczas Burnin’ Up, kiedy fanki chciały koniecznie usłyszeć ikoniczne „red dress” w wykonaniu Nicka Jonasa. Przez to nie jestem w stanie dalej stwierdzić, czy Nick ma faktycznie wadę wymowy mówienia literki „r” (pozdrawiam z tego miejsca), czy jednak nie. W trakcie tej ery zapamiętałam fragment z utworem Shelf, a konkretniej Joe siedzącego samemu na krzesełku na mniejszej scenie skupionego na spojrzeniach fanek. Choć byłam na trybunach i spoglądałam na ten fragment z telebimu, to poczułam tę więź z wokalistą i odebrałam słowa piosenki tak, jakby zostały skierowane tylko do mnie.

Album Lines, Vines and Trying Times zapamiętałam najsłabiej ze względu dla mnie za zbyt szybką zmianę piosenkami. Ledwo usłyszałam Fly With Me i chwila nieuwagi sprawiła, że zaczęto grać Poison Ivy. Mimo to i tak nie przeszkodziło mi to w dalszej zabawie na koncercie.

Jonas Brothers na swoich koncertach mieli w zwyczaju grać cover niespodziankę. Tak też było i w Krakowie i jak usłyszałam pierwsze dźwięki Can’t Take My Eyes Off You, to wpadłam w ogromną euforię. W tym miejscu chciałam wyrazić swój zachwyt, jaki wywarł na mnie Joe, który z tym wielkim przebojem poradził sobie wręcz śpiewająco. Na myśl o tym występie mam ciarki i apeluję o granie częściej tego coveru. 

Osobiście najbardziej wyczekiwałam na solowe występy Nicka z Jealous oraz Joe z Cake By The Ocean, a także na album Happiness Begins. Sentymentalnie bardziej przypadły mi do gustu te konkretne okresy w karierze chłopaków, więc wyczekując cierpliwie przez pozostałe trzy krążki, nastawiałam się już na największy rollercoaster emocji. Wzruszenie pojawiło się dzięki chórowi śpiewającemu Comeback, symbolizujący powrót Jonas Brothers w 2019 roku z nową, czystą kartą. W zlepku wszystkich utworów z tej ery najbardziej brakowało mi ballady Love Her, jednak usłyszenie Strangers, czy Used To Be wybaczyło tę pustkę.Za to w setliście nie pominięto największych numerów, czyli Sucker czy Only Human. 

Pod koniec koncertu nie zabrakło także toastu zwieńczającego całą trasę. Nie zabrakło wzruszeń, śmiechu nie tylko od strony fanów, ale także wśród ekipy tworzącej całe to show. W takich wypadkach można powiedzieć, że ta podróż była po to, aby dzielić się wspomnieniami z innymi, ale przypominać je sobie z najbliższymi. Mogę podsumować koncert Jonas Brothers skandowane po toaście „Dziękuję” i mam nadzieję, że zobaczymy się na kolejnej, równie ciekawości podróży w czasie. 

Czytaj również