Patrick the Pan opowiada o nowych singlach, relacji z żoną i kondycji polskiej muzyki: „Polskie społeczeństwo zamiast próbować nowych smaków, woli wpieprzać kebaby”
Patrick the Pan, czyli właściwie Piotr Madej, w muzyce rozgościł się już wiele lat temu. Od czasów liceum komponuje utwory nie tylko dla siebie, ale coraz częściej też dla innych. Koncertuje z największymi nazwiskami na polskiej scenie muzycznej. Lubi to, co wyraziste, autentyczne, szczere, i właśnie taką muzykę tworzy. Dowodem na to są dwa ostatnie single, w których zerka na (nie takie błędne) błędy młodości i na przyszłość, którą chce tworzyć ze swoją Perełką. Dobry adres dla osób, które poszukują prawdziwych emocji, zachwytów i wzruszeń.
Marta Umiejewska: Zacznijmy od „Ty wiesz…” – co było impulsem do stworzenia tego utworu?
Patrick the Pan: Zawsze wzruszał mnie widok starszych par, zwłaszcza kiedy czuć tam nadal miłość. Kiedyś przeczytałem o tym, że gdy pewien starszy mężczyzna zmarł, jego żona odeszła dzień później. Poruszają mnie takie sceny i aspiruję do tego, aby mieć i utrzymać taką relację w swoim życiu.
MU: W nowym singlu „O bzdurach…” przedstawiasz z kolei perspektywę dzieci.
PTP: Przyznam, że nie planowałem tego na początku. Pomysł na teledysk wyszedł od mojej żony, która również go zmontowała. Bardzo mnie ucieszyło, jak spójny obraz stworzył ten klip w odniesieniu do pierwszego wideo. Ta piosenka jest mocno autobiograficzna. Najłatwiej mi się pisze o tym, co sam przeżyłem, co wzbudziło we mnie silne emocje, ale staram się to tak przedstawić, żeby słuchacz też mógł się w tym odnaleźć. Część rzeczy podkreślam, innych nie dopowiadam. To oczywiście nie jest piosenka o tatuażu; to jest piosenka o zrobieniu czegoś głupiego za młodu, czego się później żałuje, a dopiero po dłuższym czasie człowiek zaczyna się zastanawiać, dlaczego podjął taką decyzję. O tym, że wszystkie nasze błędy są do zaakceptowania, jeżeli znajdzie się odpowiednią osobę, która nam w tym pomoże.
MU: Nadal masz ten tatuaż?
PTP: Jasne. Ale Ci nie pokażę! (śmiech)
MU: Tematy piosenek czerpiesz ze swojego życia, a słowa?
PTP: Ze wszystkiego. Z rozmów, z myśli, z kultury, z podsłuchiwania ludzi i świata. To jest radar, którego nie jestem w stanie wyłączyć. Jeśli usłyszę coś ciekawego, to sobie to notuje. Mój mózg non stop poluje, to jest silniejsze ode mnie. Może to kwestia wrażliwości?
MU: Czy ta wrażliwość przeszkadzała Ci w szkole?
PTP: Hm, raczej pomagała np. nigdy nie miałem problemów z popularnością wśród dziewczyn (śmiech). Wypalałem im płyty, grałem albo pisałem wiersze – to działało. W drugiej liceum przesądziła się tak moja przyszłość – nagrałem na Walentynki piosenkę dziewczynie, która złamała mi serce. Nie naprawiło to niestety naszego związku, ale zasiało we mnie myśl o zostaniu muzykiem. To był moment zwrotny w moim życiu – pierwszy raz stworzyłem własną kompozycję. Mam tę piosenkę cały czas na dysku: nazywa sie Rotten Orange i jest to smutny riff gitarowy na tle odgłosów burzy i deszczu. Nagrałem ją mikrofonem z zestawu słuchawkowego, który nałożyłem na gitarę. To był mój pierwszy utwór instrumentalny. Z kolei do drugiej piosenki, którą nagrałem z tego samego powodu, napisałem też tekst.
MU: I jak go oceniasz z perspektywy czasu?
PTP: Jest fatalny! (śmiech) Ale pierwsze razy do tego służą – do bycia fatalnymi.
MU: A jak patrzysz na swoje albumy z przeszłości?
PTP: Mam wrażenie, że dopiero na „Miło wszystko”, czyli czwartej płycie zrozumiałem, o co w tym wszystkim chodzi, w muzyce. W momentach skrajnego zwątpienia żałuję trzech pierwszych płyt. Postrzegam początki mojej pracy jako błądzenie we mgle i nie utożsamiam się już z tym czasem, choć mam parę piosenek, które po latach się bronią. Ale tylko parę.
MU: Czy Twój wewnętrzny krytyk każe Ci się też porównywać z artystami, wśród których się obracasz?
PTP: Nie jest łatwo być częścią tej branży i się nie porównywać. I w sumie ogólnie w czasach social mediów i kulturze selfie. Patrząc na innych polskich muzyków przeżywam fetiwal przeróżnych myśli. Jasne, że miewam ataki zazdrości, czy poczucia niesprawiedliwości, ale potrafię też sobie poukładać to w głowie i np. wiem, że wielka kariera wielkich nazwisk ma sporą cenę np. prywatność, i tu oni mają mi czego zazdrościć. Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma.
MU: A patrząc na polską scenę muzyczną, czy dostrzegasz jakieś niedoceniane perełki?
PTP: Tak, to na przykład Kasia Lins. Wspaniała artystka, kompletna, świadoma, inteligentna. Nie idzie jej źle, ale wciąż jest trochę w tej szufladce „wielcy niedocenieni”. Albo Oxford Drama, czy Pola Chobot z Adamem Baranem. Polski rynek jest dziwny. Mamy bardzo dużo wyrazistych artystów, ale społeczeństwo – przyrównując to do jedzenia – zamiast próbować nowych, ciekawych smaków, woli wpieprzać kebaby. Czasem myślę, że gdybyśmy się urodzili np. w Wielkiej Brytanii, to pewnie z większą łatwością moglibyśmy żyć z tego, co robimy, a nie walczyć z wiatrakami i słyszeć o swojej muzyce „no fajne, takie inne”. To trudne. Robię to już 11 lat, ale przy każdej płycie muszę budować na nowo poczucie własnej wartości i przekonywać się, że to ma sens, bo przebicie się ze swoim materiałem jest niezwykle trudne. Szczególnie teraz, kiedy krajowy i globalny rynek muzyczny są dosłownie przeludnione. Nie mówię nawet o popularności i błyszczeniu z banerów, tylko po prostu o możliwości utrzymania się ze swojej twórczości.
MU: Kto ocenia Twoje utwory przed wydaniem?
PTP: Czasami, szczególnie gdy się zasiedzę nad utworem, puszczam go kilku bliskim osobom z branży, natomiast zawsze daję piosenki do oceny mojej żonie. Ona nie posiada wykształcenia muzycznego, ale ma bardzo dobry gust, piękną wrażliwość i bardzo jej ufam. Potrafi być krytyczna, a ja przyjmuję to ze spokojem i wdzięcznością. Jest moją Perełką, takim trochę ghost producerem. Taka „weryfikacja jakości” mi w pełni wystarcza, bo wolę piosenki niedoskonałe, bez optymalizacji, szczere, autentyczne, wyraziste. Udało mi się też wykreować zaufanie do samego siebie. Wiem, co mi się podoba i wydaję piosenki, które naprawdę lubię. Ostatni singiel („O bzdurach, tatuażach i miłości”) nagrałem szybko i w duchu pewności. Dzięki temu nie zdążyłem się nim znudzić, w odróżnieniu od „Ty wiesz”, którego mam już dość (śmiech).
MU: Masz pasje, które pochłaniają Cię tak mocno jak muzyka?
PTP: Gry komputerowe. Odmóżdżam się w wirtualnych światach, choć na pewno już nie w takiej ilości jak kiedyś. Kiedyś wręcz potrafiłem zawalić sprawy przez utratę kontroli nad liczbą godzin, które spędzałem przed ekranem. W moim domu dość wcześnie pojawił się komputer i dzięki temu mogłem grać w gry typu Król Lew, Herkules czy Prince of Persia. Dziś już rzadziej znajduję coś, co by mnie tak mocno angażowało. Żyję muzyką.