Dziesięć albumów, które w tym roku kończą… 30 lat!

1994 rok był wyjątkowy pod kątem albumów muzycznych, jakie ukazały się na rynku w tamtym okresie. Z okazji trzydziestych urodzin wybrałem dziesięć najciekawszych płyt wskazując na ich niezaprzeczalne zalety i ponadczasowość.

Blur – Parklife

Blur to obok Oasis, Pulp czy Radiohead najważniejszy zespół z nurtu określanego mianem brit pop. Parklife – trzeci studyjny album Londyńczyków, będący jednocześnie drugą częścią trylogii muzycznej poddającej krytyce brytyjską klasę robotniczą, odniósł sukces zarówno na gruncie komercyjnym, jak i artystycznym. Na omawianym wydawnictwie rockowy kwartet idealnie zagospodarował każdą sekundę. Album, choć różnorodny stylistycznie, jest bowiem niezwykle spójny, a piosenki takie jak Girls & Boys, End of a Century, To the End, This Is a Low czy tytułowa – przy niezwykle oryginalnym udziale Phila Danielsa, znanego chociażby z filmu Quadrophenia, do dziś są wizytówką muzycznej jakości Blur. Ironia bijąca z utworów, chwytliwe refreny, systematycznie zmieniający się nastrój – od wesołych, zdystansowanych przygrywek (Tracy Jacks), po melancholijne fragmenty (Clover Over Dover) – okazały się receptą na stworzenie płyty, której słucha się wybornie pomimo upływu trzydziestu lat od jej premiery. To również ten album pobudził u Damona Albarna, Grahama Coxona, Alexa Jamesa i Dave’a Rowntree’ego impuls do muzycznych poszukiwań, przez co Blur nauczyli się z czasem łączyć przebojowość charakterystyczną dla MTV z eksperymentalnym sznytem – o ironio – od MTV dalekim. Nie, to nie na tym wydawnictwie znajduje się legendarne Song 2, lecz skoro Parklife do dziś uchodzi za najlepszą płytę zespołu, w takim razie wyobraźcie sobie, jakie inne piosenkowe perełki skrywa.

Tori Amos – Under the Pink

Nasze zestawienie otwiera drugi album amerykańskiej wokalistki i autorki piosenek – Tori Amos. Under the Pink to niezwykle wyważona, spójna i klimatyczna płyta. Większość utworów odznacza się melancholijną atmosferą, gdzie partie instrumentów smyczkowych w połączeniu z dźwiękami fortepianu i anielskim głosem Amos przenoszą nas do zupełnie innego świata. Lepszego? Może nie do końca, ale tajemniczego i ciekawego na tyle, że proponowałbym zaryzykować i kupić bilet tylko w jedną stronę. Piosenka otwierająca tę melodramatyczną podróż – Pretty Good Year, jest doskonałym optimum tego, co czeka nas na kolejnych przystankach. Single promujące wydawnictwo – God i Cornflake Girl, doskonale dotrzymują tempa, jakie wygenerowano w pierwszych minutach albumu. Co prawda Amos co jakiś czas podnosi napięcie w partiach poszczególnych utworów, lecz mimo tych gwałtownych zrywów zawsze powraca na drogę ulotnej kontemplacji i spokoju.

W przypadku Under the Pink nie obyło się bez kontrowersji, gdyż piosenka zatytułowana Icicle – opowiadająca o kobiecej masturbacji – wywołała niemałe poruszenie wśród krytyków muzycznych, jak również samych fanów artystki. Zresztą to nie pierwszy dyskusyjny utwór Amos. Na jej debiutanckim albumie z 1992 roku – Little Earthquakes, znajduje się piosenka Me and My Gun zaśpiewana a cappella, opowiadająca o gwałcie, jakiego dokonał na wokalistce fan, kiedy miała 21 lat. Zapalnikiem do publikacji utworu był film Thelma & Louise w reżyserii Ridley’a Scotta. Na Under the Pink nie znajdziemy aż tak ujmujących i szczerych wyznań, lecz mimo to pod tą różową warstwą intymnych dźwięków kryje się imponująca paleta różnorodnych ciepłych barw, a cały album to emocjonalna kula wymierzona prosto w serce. Akurat w przypadku omawianej płyty strzał w ten mięśniowy narząd pompujący krew nie powoduje śmierci, wręcz przeciwnie – daje drugie, lepsze życie.

Beastie Boys – Ill Communication

Kiedy nowojorski tercet w osobach AD-Rocka, Mike’a D i MCA wypuścił Ill Communication, miał już ugruntowaną pozycję na scenie. Wydane wcześniej płyty Licensed to Ill, Paul’s Boutique i Check Your Head potwierdzają jego wielkość. Czwarty album tego stylowego punk-rap-tria otwiera jeden z czterech singli promujących wydawnictwo – Sure Shot. Zaczyna się delikatnym ujadaniem psa, które przechodzi w rozweselającą melodię, po czym następuje „upadek” surowych, niezwykle wyrazistych bębnów, gdzie członkowie zespołu ulokowali swoje charakterystyczne, rozkrzyczane wokale. Jeśli myślisz, że stylistyka otwierającego wspomnianą płytę kawałka utrzyma się przez resztę materiału, możesz być zaskoczony tym, co spotka cię w dalszych minutach. Po Sure Shot następuje bowiem punkowa torpeda w postaci Tough Guy, a kiedy atmosfera zdaje się nawiązywać do początku albumu, Nowojorczycy po kilku trackach znowu zmieniają kurs i atakują energetycznym Sabotage – najbardziej rozpoznawalnym kawałkiem z omawianego wydawnictwa, zaś teledysk promujący singiel, wyreżyserowany przez stałego „video-ilustratora” grupy – Spike’a Jonze’a, był swojego czasu mocno eksploatowany przez czołowe stacje muzyczne. Ill Communication jest niezwykle oryginalną mieszanką rapu i punka, natomiast dzięki obfitej ilości utworów instrumentalnych – bazujących na funku, jazzie i rocku – tworzy wielogatunkową hybrydę, która stanowi nie tylko o różnorodności płyty, ale pomimo swojego muzycznego bogactwa odznacza się porządkiem i spójnością.    

Hole – Live Through This

Premiera drugiego albumu Hole miała miejsce tydzień po śmierci męża wokalistki zespołu – Kurta Cobaina. Legenda grunge’u pozostawiła po sobie nie tylko trzy świetne płyty zarejestrowane z Nirvaną, ale miała również pośredni wpływ na kształt wspominanego tutaj Live Through This. Poza nagraniem wokali do utworów Asking for It i Softer, Softest, chodziły nawet pogłoski, iż to Cobain napisał wilczą część albumu. Samobójcza śmierć męża Courtney Love nie była jedynym ciosem wymierzonym w stronę wokalistki, gdyż dwa miesiące po premierze omawianego albumu basistka zespołu Kristen Pfaff przedawkowała bowiem heroinę. Pomimo podwójnej tragedii, jaka zbiegła się z promocją tego energetycznego wydawnictwa, drugi longplay sprzedawał się błyskawicznie, krytycy nie kryli zachwytów, zaś single Violet, Miss World i Doll Parts radziły sobie świetnie na listach przebojów. Hole nigdy później nie powtórzyli sukcesu, jaki spadł na nich za sprawą Live Through This. Zespół wydał łącznie cztery albumy i choć ich trzecia płyta Celebrity Skin została ciepło przyjęta zarówno przez fanów, jak i muzycznych recenzentów, nie okazała się tak wpływowa i ponadczasowa jak jej poprzedniczka. Można by dywagować nad tym, czy aby przypadkiem Live Through This nie zawdzięcza swojego sukcesu komercyjnego Cobainowi i plotkom związanym z jego tragicznym, przedwczesnym odejściem, natomiast jedno jest pewne – po upływie trzech dekad od swoich narodzin to nadal porywający materiał, bez ani jednej fałszywej nuty.

Nas – Illmatic

Illmatic Nasira Jonesa jest dla rapu tym, czym Kind of Blue Milesa Davisa dla jazzu. „Pismo Święte rapu”, „Najlepszy rap-album w historii” to jedne z wielu jednozdaniowych opinii na temat tego wydawnictwa, zaś osoba Nasa, tuż obok Jay’a-Z, Notoriousa B.I.G., Tupaca Shakura i Eminema, po dziś dzień uznawana jest za numer jeden w środowisku hip-hopowym. Trwający dokładnie czterdzieści minut debiut rapera z Queensbridge zasila dziewięć klasycznych już kawałków, z charakterystycznym intrem z dźwiękami pociągu. Po krótkim wprowadzeniu następuje prawdziwa liryczna bomba w postaci New York State of Mind na brudnym, acz niezwykle mięsistym bicie DJ-a Premiera. Miejska legenda głosi, że Nas „wypluł” trzy zwrotki pojawiające się w kawałku za pierwszym podejściem. Kolejny utwór – Life’s a Bitch – przy wokalnym wsparciu kumpla z osiedla AZ, opowiada zarówno o trudach dorastania, jak i pozytywnym nastawieniu do życia, które choć bywa dzi*ką, nie musi nią być, o ile odpowiednio o siebie zadbasz. Następne na liście The World is Yours, na intensywnie rozbujanym bicie Pete Rocka, to nie tylko kolejny świetny utwór z albumu, ale przede wszystkim jeden z najlepszych rap-songów w historii. Następujący później Halftime, zarejestrowany co prawda dwa lata przed faktyczną premierą Illmatic, pojawił się najpierw na ścieżce dźwiękowej do Zebrahead. Obecność utworu w filmie była zapalnikiem do zawarcia kontraktu między Nasem a Columbia Records. Jeśli oczekujesz jakiegoś rozbujanego jointa umiejętnie łączącego charyzmatyczne flow z niebanalnie złożonymi wersami, dostaniesz Memory Lane (Sittin’ in da Park), jeśli natomiast wolisz zapadające w pamięć storytellingi, na omawianym albumie jest jeden z najlepszych w historii, czyli One Love, traktujący o serii listów napisanych przez gospodarza płyty do jego kamratów odsiadujących wyroki za przestępstwa różnej maści. Kolejne na liście One Time 4 Your Mind i Represent podtrzymują zarówno poziom, jak i klimat tego, co dane nam już było usłyszeć, lecz największy hit reprezentant Queensbridge pozostawił na koniec. Mowa o It Ain’t Hard to Tell na samplu z Human Nature Michaela Jacksona. Teledysk do tego utworu jest hołdem dla pierwszego filmu hip-hopowego – Wild Style z 1983 roku. It Ain’t Hard to Tell składa się z trzech wirtuozerskich zwrotek, spośród których każda zaopatrzona została w błyskotliwe puenty, zaś samo złożenie rymów świadczy o ponadczasowości nie tyle wspomnianego kawałka, co całego wydawnictwa.

Nine Inch Nails – The Downward Spiral

Drugie muzyczne dziecko Trenta Reznora to całkowity odwrót od tego, co artysta i dobrani przez niego współpracownicy zaprezentowali na pierwszym materiale – wydanym pięć lat wcześniej Pretty Hate Machine. O ile bowiem debiutancka płyta była delikatnie osadzona w popowych ramach podrasowanych elektronicznymi zgrzytami i krzykiem charyzmatycznego Ojca, o tyle The Downward Spiral ograniczyła elementy popu do minimum, natomiast elektronika i wokal stały się zdecydowanie agresywniejsze, a i sam koncept jest tutaj dużo bardziej intrygujący. Otwierające album Mr. Self Destruct jest jak zderzenie czołowe z tirem. Następujące potem przebojowe Piggy nie uderza już tak zdecydowanie, lecz bynajmniej to nie wada. W zamian oferuje zaś charakterystyczną linię basu (dziś to już jeden z najbardziej rozpoznawalnych fragmentów spośród wszystkich nagrań NIN), zaś wyrazista perkusja i spajający całość syntezator tylko dopełniają dzieła. Dwa single promujące wydawnictwo – March of the Pigs i Closer, kontynuują kanonadę hitów usytuowaną na drabinie tej spirali spadkowej, gdzie pierwszy z wyszczególnionych atakuje nieposkromioną agresją bębnów i gitar, natomiast drugi uwodzi nieco lżejszymi partiami, oferując jedne z najbardziej przystępnych i jednocześnie przebojowych momentów na płycie. Jednakże to, co powoduje największe ciarki na ciele, to zamknięcie albumu w postaci utworu Hurt – nostalgicznej ballady o pesymistycznym wydźwięku. Kiedy w 2002 roku Johnny Cash nagrał cover tej piosenki, Reznor był pod tak dużym wrażeniem wersji starszego kolegi, że stwierdził: „Ta piosenka nie jest już moja”. Jakby tego było mało, The Downward Spiral zostało zarejestrowane w mieszkaniu, gdzie „rodzina” Mansona dokonała bestialskiego mordu na, będącej w dziewiątym miesiącu ciąży, Sharon Tate i jej przyjaciołach.

The Notorious B.I.G. – Ready to Die

Ready to Die to muzyczny film w równych proporcjach ociekający przemocą, seksem i zbrodnią, gdzie narratorem, a raczej naocznym świadkiem wydarzeń, jest Christopher Wallace. Nowojorski raper ukrywający się pod pseudonimem Notorious B.I.G., znany również jako Biggie Smalls, nagrał nie tylko jeden z najlepszych hip-hopowych debiutów, ale przede wszystkim album, który do dnia dzisiejszego nie schodzi z głośników zarówno starej, jak i nowej szkoły rapu. Już samo wprowadzenie do historii jest niezwykle imponujące. Trwające prawie trzy i pół minuty intro, w którym nie pada żadna zwrotka, a mimo to potrafiące trzymać słuchaczy za gardło (czy raczej ucho), mówi samo za siebie. W tle słychać narodziny dziecka, następnie kłótnię jego rodziców, w dalszych partiach – kiedy główny bohater historii jest już dorosły – napad z bronią w ręku, zaś na finiszu – po gorącej strzelaninie – dźwięk otwieranych krat i prorocze słowa opuszczającego zakład karny Notoriousa skierowane do więziennego klawisza: „I’ve got big plans…”. Następująca potem kanonada wulgarnych, acz niezwykle trafnych i inteligentnie przyodzianych w rymy utworów to klasa sama w sobie. Things Done Changed, Gimme the Loot, Machine Gun Funk, Warning czy w końcu tytułowe Ready to Die są przebogatymi w punch-line’y kawałkami, w których niezwykle trafne obserwacje doskonale korelują z humorem i tłustymi podkładami od topowych w tamtym okresie producentów. Również single promujące wydawnictwo to jedne z najmocniejszych momentów na albumie. One More Chance w wersji Stay With Me Remix i Juicy są co prawda wolne od surowości i ulicznego sznytu, ale pomimo przystępniejszych podkładów stanowią ciekawy dodatek do całości, przez co płyta brzmi świeżo i uniwersalnie. Biggie nie nacieszył się długo swoim sukcesem, gdyż 9 marca 1997 roku został śmiertelnie postrzelony, a cała sprawa miała związek z konfliktem z innym słynnym raperem – Tupaciem Shakurem – również pozbawionym życia na skutek strzelaniny, tyle tylko, że pół roku wcześniej.

Oasis – Definitely Maybe

Kiedy w pierwszej połowie lat 90. królował grunge, mało kto spodziewał się, że pewna nikomu wówczas nieznana kapela z Manchesteru przebije się przez ten gęsty, gitarowy dym cechujący muzyczną scenę z Seattle. Ponadto cały świat wstrzymał oddech z powodu samobójczej śmierci lidera tego „ruchu” – Kurta Cobaina. Co w takim razie zadecydowało o sukcesie Oasis? Ich muzyka była całkowitym przeciwieństwem modnych w tamtym czasie piosenek traktujących o autodestrukcji, depresji i życiowych niepowodzeniach, zamiast tego zaś celebrowała życie, napawała optymizmem i dawała nadzieję na lepsze jutro. To właśnie ten pozytywny przekaz, jaki bił od zespołu, odpowiadał za jego triumf. Ich debiutancki album Definitely Maybe zasila jedenaście prostych, acz niezwykle chwytliwych utworów, spośród których każdy cechuje charyzmatyczny pazur i energia. Otwarcie w postaci Rock ‘n’ Roll Star czy następujące chwilę później Live Forever są nie tyle przebojami, co wręcz stadionowymi hymnami, zaś pierwszy singiel promujący omawiane wydawnictwo – Supersonic, namieszał na światowych listach w okresie swojej premiery. Co prawda to wydane rok później (What’s the Story) Morning Glory? ugruntowało pozycję Oasis jako muzycznego rekina, lecz zanim bracia Gallagher zaczęli pływać po głębszych wodach, a Wonderwall i Don’t Look Back in Anger zagościły na ustach wszystkich, dzięki swojemu debiutowi pozbyli się przynajmniej koła ratunkowego. Najlepiej ujął to młodszy z braci – wokalista Liam Gallagher: „Oasis było jak Ferrari: świetnie się na nie patrzyło, świetnie się nim jeździło i od czasu do czasu wymykało się spod kontroli”.

TLC – CrazySexyCool

Drugi album żeńskiego tercetu z Atlanty to czołowy reprezentant gatunku R’n’B. Już sama lista producentów powinna nas nie tyle uspokoić, co zmotywować do jak najszybszego zapoznania się z tym materiałem. Dallas Austin, Babyface, Sean „Puffy” Combs czy Organized Noize to tylko skromna część zaplecza technicznego podległego dziewczynom z TLC, ale kiedy nazwisko Prince’a wyświetla się na liście ich współpracowników, musi to świadczyć o niepodważalnym talencie tria. CrazySexyCool cechują zarówno żywotne bangery, jak i subtelne, nastrojowe piosenki. Utwory na płycie zostały ułożone tak, abyśmy nie wgryźli się w konkretną atmosferę, a przeskakiwali od euforii do melancholii i odwrotnie. Po energetycznym otwarciu w postaci Creep i Kick Your Game, z czego druga z piosenek może pochwalić się świetnie zarapowaną zwrotką Lisy „Left Eye” Lopes, następuje właśnie zwolnienie w postaci tkliwego Diggin’ on You. Jeśli już mowa o bardziej nastrojowych momentach, nie można przejść obojętnie wobec zmysłowego Red Light Special, jednakże prawdziwa perełka, osadzona w podobnym, łagodnym klimacie, to utwór zamykający Sumthin’ Wicked This Way Comes, gdzie trio z Atlanty wsparł wokalnie André 3000 z formacji Outkast. Mimo to największym przebojem Chilli, T-Boz i Left Eye pozostaje Waterfalls. Wspomniana piosenka wyróżnia się najbardziej spośród wszystkich utworów na płycie, gdyż ma w sobie zarówno odpowiedni pierwiastek energii, jak i subtelności. Paul McCartney słusznie zauważył, że TLC zapożyczyły z jego piosenki (noszącej taki sam tytuł) pewne fragmenty tekstu. Macca musiał jednak dać się porwać tej rhythm-bluesowej symfonii dziewczyn, gdyż nie pokusił się o wytoczenie im procesu sądowego. Nic dziwnego, w końcu TLC są crazy, sexy, cool.

Weezer – Weezer (Blue Album)

Nie oceniaj książki – a w tym konkretnym przypadku – płyty po okładce, ponieważ jeśli spojrzymy na zdjęcie frontowe debiutanckiego albumu Weezer, na którym czterech niepozornych młodzieńców wygląda jak kwartet nerdów szykujących się na egzamin dojrzałości, możemy bardzo zdziwić się jego zwartością. Już pierwszy utwór z płyty My Name Is Jonas rozwiewa wszelkie wątpliwości, natomiast pozostałe dziewięć piosenek – jeśli nie dotrzymuje kroku kawałkowi otwierającemu, to na pewno nie spada poniżej tego poziomu. Jest energicznie, przebojowo, a melancholijnych chwil jest tutaj jak na lekarstwo. Weezer naprawdę imponująco lawirował między modnym wówczas grunge’em, post rockiem, rapem czy raczkującym nu metalem. Panowie z Los Angeles byli nawet na tyle bezczelni, że podkradli pomysł z teledysku Nirvany do kawałka In Bloom, czyniąc ze swojego singla Buddy Holly jeden z największych przebojów lat 90. Ponadto dodatkowym atutem, świadczącym o muzycznej jakości debiutanckiego albumu Weezer, jest nazwisko producenta. Pieczę nad płytą sprawował bowiem frontman kultowej kapeli The Cars – Ric Ocasek, który zmarł stosunkowo niedawno, bo w 2019 roku. Abstrahując zaś od samej muzyki, Rivers Cuomo i koledzy spowodowali, że niewyprasowane koszule, przechodzone t-shirty i obciachowe swetry okazały się równie rockowe, co skórzane kurtki i paski z ćwiekami, a przepisowa długość włosów, wychodząca poza obszar ramion, to przebrzmiały majak.

Czytaj również