Artystka spełniona? Relacja z koncertu Florence and the Machine na Sziget Festival

Węgierski festiwal Sziget to spełnienie marzeń każdego pasjonata muzyki, a tegoroczny line-up już od stycznia rozgrzewał moją wyobraźnię. Sześć dni wypełnionych występami największych  gwiazd z całego świata porozrzucanych po 60 (sic!) scenach, a na czele tego orszaku stoi nie kto inny, jak Florence Welch.

Zdanie „słuchałam tego zanim to było modne” napawa większość ludzi dumą i podobnie czuję się z zespołem Florence and the Machine. Słuchałam go od wydanej w 2009 roku płyty „Lungs” i moje losy przeplatały się z kolejnymi erami brytyjskiej grupy. Poszczególne single kojarzą mi się z wydarzeniami z przeszłości, ze wspomnieniami, zapachami i miejscami. Pamiętam Florence Welch w kusych strojach, garniturach i długich sukniach. Byłam na premierze jej płyty „High as Hope”, na imprezie „What the Hell” organizowanej przez polski fanclub, a także brałam udział w świętowaniu kilku jej urodzin i organizowaniu prezentów na koncerty. Tak jak Flo powiedziała ze sceny, wokół tej muzyki powstała piękna wspólnota ludzi, którzy wspierają się nie tylko podczas wydarzeń muzycznych. Kiedy tracimy wiarę w ludzi, wspominamy wspólne skandowanie „Love is Love” do piosenki Spectrum, płaczemy do „The End of Love” a na kacu krzyczymy „Shake it out!”. Widząc jak długą drogę Florence Welch przeszła nie tylko jako Artystka, ale również jako człowiek, jestem niezwykle dumna z tego, że została na tyle doceniona przez organizatorów największego festiwalu muzycznego w Europie, żeby otwierać line-up artystów na Main Stage. 

W Budapeszcie Florence słuchało około 400 000 ludzi i z każdej strony słyszałam te same słowa zachwytu, tylko wyrażane w różnych językach. Występ na Szigecie był pierwszym z ostatnich dziewięciu koncertów, jakie wokalistka wykona w erze Dance Fever. W zeszłym roku byłam z kolei na pierwszym jej show z tej ery i mimo że Flo startowała z wysokiego poziomu, to widać, jakie postępu poczyniła. Na węgierskiej scenie czuła się bardzo swobodnie i pewnie. Nie tylko bezbłędnie śpiewała, jednocześnie biegając i tańcząc, ale też nawiązywała relację z tłumem i wirowała między barierkami, co jakiś czas przytulając wiernie oddane fanki. Z jednej strony występy Florence and the Machine stają się coraz bardziej profesjonalne i brakuje tam czasu i miejsca na spontaniczność, a z drugiej strony po jej uśmiechu widać, że nadal sprawiają jej wielką frajdę. Mimo że widziała już mnóstwo światełek do „Cosmic Love”, ludzi niesionych na barana do „Rabbit Heart” i fali rąk w górze (bez telefonów!) do „Dog Days are Over”, mam wrażenie, że nadal dobrze się bawi w tych momentach i za każdym razem coś ją może zaskoczyć. A co jeszcze ważniejsze, dobrze się wtedy bawi pół miliona osób, które nierzadko przebyły długą drogę (dosłownie i w przenośni), żeby ją zobaczyć. 

Florence Welch w wywiadach mówi, że jest przede wszystkim performerką i dąży do tego, żeby robić najlepsze show na świecie. W trakcie realizacji tego celu cierpiało jej życie prywatne – jak sama śpiewa, nie jest matką ani żoną. W przeszłości mierzyła się między innymi z zaburzeniem odżywiania i z uzależnieniami. Jej idolem jest Nick Cave, który również wiele stracił, a teraz swoją żałobą porusza na koncertach miliony. Z kolei jego guru ponoć był Elvis, który elektryzował kobiety w latach 60. i 70., a potem wszyscy wiemy, jak skończył. Mając te historie w pamięci zastanawiam się, jaka przyszłość czeka Florence Welch i jak daleko może jeszcze zajść. Skąd będzie czerpać inspirację, o czym napisze nowy album i jak będzie go pokazywać live? Czy sztuka jej wystarczy? Co zrobi, kiedy poczuje się muzycznie spełniona?

Podejrzewam, że uwielbiana przez międzynarodową publiczność rudowłosa Brytyjka sama tego nie wie, więc pozostaje nam czekać, w międzyczasie dalej splatając swoją historię z jej indie melodiami. 

Czytaj również