Pamiętajcie, że umrzecie! Depeche Mode – Memento Mori, 2023 (recenzja)

Inne recenzje

Nie pamiętam kiedy tak bardzo czekałam na album tak jak na ten. Po wydaniu Spirit w 2017 roku, Depeche Mode wyruszyli w roczną trasę koncertową i zniknęli jak mieli to w zwyczaju. Jednak ta sześcioletnia przerwa pomiędzy premierami nie obyła się bez szokujących wieści. W 2022 roku światem muzycznym wstrząsnęła wiadomość o śmierci Andy’ego Fletchera, jednego z ojców założycieli grupy legendy. Tragiczna informacja o Fletchu  postawiła nad dalszą działalnością zespołu znak zapytania. Artysta był skałą zespołu, spokojnym i rozwaznym spoiwem łączącym wybuchowe charaktery Dave’a i Martina. Parafrazując, Sam wokalista przyznał w wywiadzie, że mimo upłynięcia czasu, śmierć Fletcha nie wydaje się realna i to on miał przeżyć pozostałych muzyków. Jednak wszelkie wątpliwości zostały rozwiane kiedy pojawiło się zdjęcie Dave’a i Martina pracujących w studiu, dając fanom nadzieję na nowe utwory.

Jak się okazało, wszelkie domysły potwierdzono w październiku podczas konferencji zespołu w Niemczech – to właśnie wtedy dowiedzieliśmy się o nadchodzącym 15. albumie i towarzyszącej mu trasie koncertowej. Natomiast od początku 2023 roku, Depeche Mode dawali subtelne szczegóły wydawnictwa w specjalnej akcji promocyjnej. Zespół dyskretnie podpowiadał premierę nowego singla, m.in. za pomocą plakatów z kodem QR rozwieszonych na całym świecie. Zeskanowanie kodu kierowało użytkownika do aplikacji Instagram, ukazując dedykowany filtr z odliczaniem do 3 lutego. Data okazała się… ogłoszeniem premiery utworu Ghosts Again. Owe plakaty okazały się także okładką krążka.

Memento Mori, taki tytuł otrzymało nowe wydawnictwo Brytyjczyków, jest przykrym zbiegiem okoliczności, jednak po zapoznaniu się z albumem – nadające mu głębsze znaczenie. Jak podkreślali muzycy, hasło „memento mori” w żaden sposób nie było inspirowane śmiercią członka zespołu, a materiał był tworzony jeszcze we trójkę. Motywem przewodnim dla krążka była pandemia i okoliczności jej towarzyszące. I to naprawdę słychać.

Jeśli mamy skupiać się na pierwotnej wizji Memento Mori, to faktycznie album odnosi się do pewnego stanu melancholii tamtego okresu, większej zdolności do rozważań. Pandemia zmusiła społeczeństwo do zatrzymania się, skupieniu na sobie, swoich emocjach i odczuwaniu świata zewnętrznego. To co czuł każdy z nas w czasie izolacji trudno jest jednoznacznie określić – i tu z pomocą przychodzą Depeche Mode. Album ma w sobie dozę indywidualności, wręcz intymności. Jest dość spokojny, często hipnotyzujący, a przede wszystkim – posiada ten charakterystyczny dla grupy sznyt. Ciężko jednak nie wspominać o Fletchu, a szczególnie przy tak ciężkim temacie wydawnictwa i utworach jak Ghosts Again czy Soul With Me. To może być nieco kontrowersyjne, ale moim zdaniem, odejście jednego z członków bardziej podbiło ten album w interpretacji. Porusza w słuchaczach aspekty, o których nikt inny by nie pomyślał w kontekście pandemii. Tak jakby niespodziewana śmierć Andy’ego była mrocznie zaplanowana, aby przypomnieć wszystkim: hej, nikt nie jest nieśmiertelny.

Materiały promocyjne Memento Mori, fot. Anton Corbijn

Nie wiem czy to kwestia izolacji, wspomnień sprzed lat czy czegoś innego ale Depeche Mode wrócili na bardzo dobre tory. Memento Mori jest ich najlepszym albumem od długiego czasu. Jest fantastyczny, genialny, świetnie przemyślany i dosłownie, depeszowy jak tylko się da w najlepszym tego słowa znaczeniu. Po poprawnych lub dobrych wydawnictwach jak przykładowo wspomniany Spirit, to miły powrót do pierwotnych brzmień Depeche Mode. W tym miejscu wielu czytelników oburzy się i pomyśli, że to brednie, że ich najlepsze albumy to te z lat 80. – z czym się zgodzę. Jednak spójrzmy prawdzie w oczy – Depeche Mode peak twórczości mają za sobą, a stworzenie takiego dzieła jak Memento Mori jest tylko potwierdzeniem, że mimo upływu lat, oni wciąż potrafią tworzyć jak za starych dobrych czasów. Dawno nie powstał tak złożony, a jednocześnie spójny projekt, ocierający się o obsesję ze śmiercią – to nie przesada, w fizycznym albumie widzimy zdjęcie Dave’a Gahana siedzącego przy stole z Martinem Gorem, z czaszką pomiędzy nimi, a obok widnieje wspomnienie o zmarłym członku. Czarny humor nie opuścił artystów i w tej chwili, za co można ich pochwalić.

Materiały promocyjne Memento Mori, fot. Anton Corbijn

Memento Mori jest swego rodzaju podróżą w przeszłość. Odniosłam wrażenie, że każdy utwór ma w sobie jakąś cząstkę zainspirowaną starsza twórczością. Co więcej, gdyby umieścić album w latach 80., zostałby również bardzo dobrze przyjęty. Mieści w sobie wszystko to, co w depeszach najlepsze, ale podbite latami doświadczeń i rozwoju muzycznego. Królująca elektronika brzmi jak dojrzalsza siostra poprzednich projektów, która jest jeszcze bardziej świadoma swojej świetności. Nie wiem na ile to świadome, ale chyba odejście Fletcha skłoniło muzyków do wspomnień, co w jakiś sposób rozbudziło w nich ducha początkowych lat istnienia zespołu i tego charakterystycznego brzmienia. Nie chciałabym, aby zabrzmiało to źle ale tragiczne wydarzenie dopełniło ten album i wydobyło z artystów to co najlepsze, to z czego są najbardziej znani – ciemność, mrok, ciężkie rytmy, mocne tematy.

Obecnie mamy wysyp „ejtisowych” kawałków, a praktycznie każdy utwór w większym lub mniejszym stopniu opiera się o typowe dla tamtego okresu bity czy wykorzystuje syntezatory. To, co między innymi spodobało mi się w Memento Mori, to fakt, że wydawnictwo brzmi jak stworzone w tamtych latach, a nie inspirowane nimi. Przy odsłuchu czułam jakby ktoś zanurzył krążek w ejtisowych latach i powrócił z nim do 2023 roku. Słychać, że MM powstało z rąk ludzi tworzących muzykę w latach 80, a nie tylko na wzór tego czasu. Depesze (w ich przypadku) weszli cali na czarno i pokazali jak naprawdę brzmią kolorowe lata. To też potwierdza, że Memento Mori to krążek ponadczasowy, a jego stworzeniem, Dave i Martin udowodnili, że mimo wielu przejść, trudności, żałoby i czternastu wydawnictw na koncie, są w stanie nagrać coś tak dobrego.

Z każdym odsłuchem miałam nowego ulubieńca na trackliście. Już premiera Ghosts Again (pierwszy singiel z Memento Mori – przyp. red.) pozwolił mi mieć nadzieję, na kawał dobrego materiału, a wypuszczenie My Cosmos Is Mine z ciężkim, mocnym początkiem tylko mnie w tym utwierdziła. Depeche Mode nie byliby sobą, gdyby nie poruszyli politycznych tematów. We wspomnianym My Cosmos… słyszymy nawoływanie „no war no more” – w kontekście obecnych wydarzeń za wschodnią granicą, wybrzmiewa to jeszcze bardziej emocjonalnie. Depesze zastosowali podobny zabieg jak w Where’s the revolution z chóralnym „the train is coming”. Kolejno Wagging Tongue, My Favourite Stranger, Caroline’s Monkey czy mój obecny ulubieniec Before We Drown to kwintesencja twórczości DM. Połączenie starych dobrych syntezatorów, chórków Martina, patetyczność i dojrzalszy głos Dave’a to piękny powrót do lat świetności grupy. Co ciekawe, Don’t Say You Love Me został już okrzyknięty idealnym kandydatem do głównego singla w kolejnym filmie o Bondzie. Co o tym myślicie?

Utwóry, na które szczególnie chcę zwrócić uwagę to Soul With Me i People Are Good. Pierwsza z nich to nowa ballada w wykonaniu Martina Gore’a. Stanowi niebiański przerywnik w mrocznej płycie.

Follow the light/Towards the voices calling/I’m going where the angels fly/And I’m taking my soul with me/And I’m taking my soul with me/I’m ready for the final pages/Kiss goodbye to all my earthly cages/I’m climbing up the golden stairs.

Powyższy tekst jest dowodem na ten dziwny zbieg okoliczności i interpretowaniu tekstów poprzez pryzmat Andy’ego. To istny chichot losu sprawia, że treść nabiera zupełnie nowego znaczenia.

Natomiast przy People Are Good można stwierdzić, że to pewna kontynuacja People Are People z albumu Some Great Reward z 1984 roku. Aż chciałoby się powiedzieć „people are people but people are good”.

Keep reminding myself/That people are good/And when they do bad things/They’re just hurting inside/Keep fooling myself/That everyone cares/And they’re all full of love/It’s just their patience gets tried
Podjęcie tematu natury człowieka, tego jak zły potrafi być lub jak potrafimy źle ocenić sytuację jest ukazane w podobny sposób jak klasyk z ’84, ale ubrane w inne słowa.

Finał albumu to przepiękny Speak To Me, rozpoczynający się od jednostajnej, ale budzącej ciarki melodii, będącej tłem dla głosu Dave’a. Późniejszy spektakl zamienia się w iście elektroniczną ucztę. Spotkałam się, ze zdaniem, że ten utwór mógłby również zostać wydany w solowej twórczości wokalisty, wraz z Soulsavers, z czym faktycznie muszę się zgodzić. Speak To Me obroniłoby się także w drugim scenariuszu.

Memento Mori to kolejny, genialny album w dyskografii Depeche Mode. Nie znajduje na nim ani jednego złego kawałka. Jako osoba urodzona w latach 90., nigdy nie miałam okazji aby przeżyć premierę klasyków grupy i cieszy mnie fakt, że takie arcydzieło powstało w 2023 roku. Liczę, że nie będzie to pożegnalny krążek DM, ponieważ jak widzimy i słyszymy, Dave i Martin mogą zaprezentować jeszcze wiele swoich talentów i z pewnością ich umysły są w stanie stworzyć nie jeden tak dobry album jak Memento Mori.

Może wydawnictwo ma też nas skłonić do refleksji nad życiem i śmiercią, szczególnie po smutnym wydarzeniu. Może musimy jednak czerpać z każdego dnia ile się da?

Depeche Mode - Memento Mori
  • Data premiery: 24 03 2023
  • Single: Ghosts Again, My Cosmos Is Mine
Najlepsze utwory: Po raz pierwszy - wszystkie
Najsłabsze utwory: -


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Czytaj również

Nie pamiętam kiedy tak bardzo czekałam na album tak jak na ten. Po wydaniu Spirit w 2017 roku, Depeche Mode wyruszyli w roczną trasę koncertową i zniknęli jak mieli to w zwyczaju. Jednak ta sześcioletnia przerwa pomiędzy premierami nie obyła się bez szokujących wieści....Pamiętajcie, że umrzecie! Depeche Mode – Memento Mori, 2023 (recenzja)