Kiedy jesteś zakochana trzeba pisać. Kiedy jesteś wściekła trzeba pisać. Kiedy masz ochotę rzucić na czyjeś miasto bombę atomową też trzeba pisać. Tego uczy historia dziennikarstwa, oraz muzyki popularnej. Właśnie w tym duchu opowiem wam dziś o piosenkach, które są niczym revenge dress księżnej Diany – idealnie nadają się do ostatniego z tych zadań.

Jedną z moich ulubionych rzeczy w piosenkach jest to, że w historii muzyki zmienia się w nich tempo, rytm, instrumenty, sposób powstawania, praktycznie wszystko – oprócz historii. One pozostają wzruszająco podobne, od Homera śpiewającego Odyseję, po pieśni Dylana, od Barbariny zawodzącej w Weselu Figara o zgubieniu szpilki, po Justynę Chowaniak zawodzącą w zespole Domowe Melodie, że Nie może rozplątać kołtuna jak o największej życiowej tragedii. W ten sam sposób piosenki o kobiecej zemście nie są bardzo różne, a przynajmniej łatwo i przyjemnie znajdować mi było podobne do siebie historie z różnych dekad. Nie było to przesadnie trudne również dlatego, że historia muzyki popularnej, tak jak historia współczesnych społeczeństw, w których kobiety mają przyzwolenie i środki, by mówić głośno o negatywnych emocjach jest całkiem krótka.
Fujiama Mama – Wanda Jackson
No, tak naprawdę tylko jedna z wymienionych przeze mnie piosenek traktuje dosłownie o opisanym przeze mnie podejściu do sprawy – ale za to z jakim rozmachem to robi. Napisana została przez Jacka Hammlera w 1954 roku i pierwotnie nagrana rok później przez Anisteen Allen. Dopiero po trzech latach zaśpiewała ją Wanda Jackson, wyjmując utwór z prostego rockabilly i na stałe umieszczając ją w kanonie muzycznym lat pięćdziesiątych.
Pisana jest z perspektywy Japonki, która no, jest raczej wściekła, jak twierdzi wypiła całą butelkę sake i jest przekonana że spadnie na kogoś tak właśnie jak bomba wodorowa. Niezbyt to ładne, zwłaszcza w kontekście lat pięćdziesiątych i Stanów Zjednoczonych – żartować z Hieroshimy. Mimo to piosenka stała się ogromnym hitem na japońskich listach przebojów, radząc sobie na nich dużo lepiej niż w USA. Ogromna i niespodziewana popularność piosenki sprowadziła Wandę Jackson do Japonii, na ogromną i wypełnioną po brzegi trasę koncertową. Krytycy upatrują się tej nieoczekiwanej japońskiej popularności utworu w niesionej przez niego kobiecej swobodzie seksualnej, i powiązaną z latami 50. tymi dwudziestego wieku zmieniającą się pozycją społeczną i prawną kobiet.
Ana Taylor Joy słuchała jej podobno przygotowując się do roli Beth Harmon w Gambicie królowej. I to jest właśnie energia tej piosenki – idealna, do zrzucania na ludzi – metaforycznych – bomb atomowych, albo przynajmniej ogrywania ich w szachy.
Dangerous Woman – Ariana Grande
Szukając utworu podobnego w swej treści do wielkiego hitu Wandy Jackson i Jacka Hammlera nie mogłam wręcz ignorować narzucającej się analogii z… Arianą Grande. Tak, mam wielką słabość do popu i nie lubię pojęcia guilty pleasure. Przyjemność albo jest przyjemnością, albo nią nie jest. A słuchanie Ariany Grande, śpiewającej Dangerous Woman zdecydowanie nią bywa. Piosenką Ariana chciała odciąć się od wizerunku grzecznej gwiazdki Disneya i niewątpliwie jej się to udało. Cały album miał pierwotnie nazywać się Moonlight, ale przechrzczony został na Dangerous Woman właśnie w tym celu – stania się niebezpieczną. Jej dwa kolejne albumy tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że projekt się powiódł – Ariana Grande z roku 2015 to młoda dziewczyna, uwięziona w publicznych oczekiwaniach i wyobrażeniach o niej. Ariana z roku 2019 to, no cóż, silna miliarderka, po wydaniu dwóch najbardziej gorzkich albumów w karierze, wywołanych jeszcze bardziej gorzkimi przeżyciami – ale niewątpliwie w tej gorzkości jest swoja własna.
Mein Herr – Liza Minelli
No to wracamy – 40 lat wcześniej, zupełnie inne miasto, zupełnie inny świat, bo to piosenka, która może napisana, zaśpiewana i wydana została w roku 1972, ale stworzono ją do opowiedzenia latach trzydziestych XX wieku. Piosenka z musicalu o miłości w kabarecie w faszystowskim, przedwojennym Berlinie musi być trochę zabawna i trochę tragiczna. Zaśpiewana przy tym przez Lizę Minelli staje się przy tym kultowa i ponadczasowa – również muzycznie.
You have to understand the way I am, mein Herr. A tiger is a tiger, not a lamb, mein Herr
śpiewa, żegnając się ze swoim ukochanym, odjeżdżającym bez niej do bezpiecznej Ameryki, mimo jego licznych próśb by pojechali we dwoje. Bohaterka Lizy, Sally, zostaje, bo nie zostawi swojego miasta, bo nie zostawi swojego kabaretu, bo tak sobie postanowiła i tego się będzie trzymać. Ta historia na pewno skończy się strasznie, ale sam Cabaret kończy się tylko tragicznie, za to z jak wielkim stylem.
Formation – Beyonce
Nikt nie mógł i nie śmiałby pretendować do huku z którym ze swoim ukochanym żegnała się Liza Minelli. Ale jeżeli przez te 50 lat ktoś był jakkolwiek blisko to tylko Queen B. Cała zabawa polega wprawdzie w tej piosence i w tym, niespodziewanie wydanym albumie, na tym, że wielka siła Beyonce polega na tym, że może odejść, ale decyduje się zostać – i niczego jej ta decyzja nie odejmuje. W końcu to jej decyzja, tak dobra jak każda inna. Płyta Lemonade napakowana jest piosenkami pełnymi bólu, determinacji, i siły. Ale to Formation jest najbardziej wściekła i przekonana w tym, że gniew jej jest słuszny, niezachwiany i – chwilowo – niepokonywalny. Album skierowany jest może do jej męża, ale w Formation nie mówi do niego ani razu. Opowiada o sobie, swoim odzyskiwaniu lemoniady z cytryn i swojej sile, niemożliwej do zachwiania przez nikogo. Pozostaje dalej mieć nadzieję, że w tym roku – w końcu – przyznana jej zostanie Grammy za album roku, chociaż ewidentnie Beyonce tak naprawdę jej kompletnie nie potrzebuje.
The Blues Is My Bussines – Etta James
Hell hath no fury like a woman scorned to wprawdzie seksistowski cytat, i właściwie głupi – ale bywa czasami niebywale satysfakcjonujący. Bo też nabiera on dużo więcej sensu, a przynajmniej poezji w kontekście osoby, która z opowiadania o smutku zrobiła sobie swój zawód – jak Etta James właśnie. No, jak większość osób opowiadających. W niektóre, wiosenne wieczory, to jest najpiękniejsza piosenka na świecie.
If I had a dollar for every broken heart, I’d be drinkin’ fine wine and eatin’ caviar. If trouble were money, I’d have more money than any man should. I’m open for business in your neighborhood, The blues is my business, and business is good.
Jak większość bluesa Etty i Niny, przylgnęła w mojej głowie właśnie do przesilenia wiosennego, ze swoją powolnością i leniwą melancholią, ale ta jedna piosenka to opowieść, która niewątpliwie przez cały rok zachwyca.
you should see mi in a crown – Billie Eilish
I dokładnie o tym opowiada w swojej piosence Billie. O tym uczuciu beznadziei, rozpraszanym tylko przez świadomość, że zaraz zajmie się czymś własnym, czymś swoim, czymś w czym jest świetna. Jeden z większych hitów na jej pierwszej płycie, którą zmieniła wiek najmłodszej osoby wygrywającej Grammy za album roku. Chyba rzeczywiście nieźle jej wychodzi to pisanie. (W tle słychać polerowane ostrza noży, w razie gdyby ktokolwiek śmiał temu zaprzeczać.)
Vegas – Doja Cat
To chyba najlepsza rzecz, jaka się stała w związku z powstaniem nowego filmu o Elvisie – wliczając ten film. Vegas to mix RnB Dojy z roku 2022 ego z piosenką Hound dog nagranej w przez Big Mamy Thornton w 1953 roku, zanim Elvis zdążył ją skraść i rozpopularyzować swoim wizerunkiem i głosem. Przywraca w ten sposób tę opowieść osobom, które, jak się wydaje, pierwotnie miały ją opowiadać. Nowa i stara muzyka splatają się, w numerze wyprodukowanym, co w tym przypadku kluczowe, przez Rogeta Chahayeda i Yeti Beatsa, opowiadając tą samą, nie bardzo młodą, historię kobiecej wściekłości.
