Wodzony na pokuszenie. Shygirl – Nymph, 2022 (recenzja)

Inne recenzje

Choć w wyrażeniu hyper pop zawarta jest cząstka 'pop’, nie oznacza to wcale niewolniczego przywiązania do sfery muzyki pop. Nic więc dziwnego, że jedną z obecnie popularniejszych artystek tego nowatorskiego nurtu stała się brytyjska raperka oraz piosenkarka Shygirl. Wbrew pozorom, jej długo wyczekiwany debiutancki album Nymph nie ma w sobie nic z nieśmiałości. Wręcz przeciwnie – jest nieokiełznany, sensualny i inspirujący.

Nie ma co ukrywać, ale Shygirl jakoś nie była wstanie do tej pory trafić w moje gusta, czy nawet doczekać się recenzji jej debiutanckiej epki ALIAS. Niemniej, wystąpiła w ramach takich muzycznych projektów jak KiCk i, Dawn Of Chromatica czy Caprisongs, wzbudzając we mnie pewne pokłady zainteresowania. Mijały kolejne miesiące, podczas których wydała wideoepkę BLU oraz singiel Cleo, a ja nadal nie byłem jakoś szczególnie podekscytowany jej twórczością. Aż tu nagle pojawił się nowy singiel, Firefly, który zapowiadał jej pierwszy pełnoprawny krążek, zatytułowany Nymph. Mogłem więc w małym, ale jednak, podekscytowaniu oczekiwać na jego premierę. No i nareszcie nadszedł ten dzień…

Nymph to dość krótki, choć całkiem kompleksowy, zestaw numerów spod szyldu hyper popu, choć swym bardziej sensualnym wydaniu. Wraz z nową porcją swojej muzyki, Shygirl postanowiła stać się tytułową nimfą, która uwodzi i próbuje sprowadzić swojego ukochanego na drogę grzechu. Na nasze szczęście, nie dostajemy wyłącznie utworów na temat jednej z przyjemniejszych rzeczy na świecie, jaką jest seks, ale też o uczuciach tytułowej kusicielki, co myślę, że jest słuszne w kontekście całego krążka. Co zdaje się być dla mnie pewnym problemem, to fakt, że nie zawsze jest to doświadczenie w pełni realne. Co mam na myśli?

Głos Shygirl przez większość albumu, jak nie całość, jest tak zmodyfikowany pod względem produkcyjnym, że czasami trudno mi rozpoznać czy to jeszcze śpiewa prawdziwy człowiek, czy już może maszyna. Oczywiście, biorę pod uwagę fakt, że jest to zabieg celowy, który poniekąd jest już charakterystyczny dla samej artystki, tak co za dużo, to nie zdrowo. Tym bardziej, gdzie Shygirl brzmi bardzo fajnie bez żadnych dodatkowych efektów nałożonych na jej głos. Chciałbym usłyszeć ją w wersji bardziej sauté, szczególnie w numerach, które są równie proste, jak na przykład Little Bit czy Nike. Poza tym jednym szczegółem, produkcja tego albumu jest absolutnie wyśmienita.

Nymph to całkiem wysmakowana, choć dość ekscentryczna, mieszanka popu, R&B oraz hip‑hopu, którą okraszono dziwnościami znanymi ze świata hyper popu. Czasami jest sensualnie, czasami niepokojąco i zostało bardzo fajnie wyważone – ktoś nad tym pieczołowicie pracował, co może tylko cieszyć. Jeśli zaś chodzi o samą lirykę, wydaje mi się, że stoi na drugim planie w stosunku do reszty elementów Nymph. Shygirl z ogromną gracją i elegancją śpiewa o niedostępnej miłości, problemach z nią związanych i rzecz jasna seksie. Co istotne, nie jest to ordynarne, czy rażąco wulgarne – jest tak, jak być powinno. Niemniej, to melodiami stoi ten album. Szkoda tylko, że niektóre z nich są naprawdę krótkie – minuta, czy minuta dwadzieścia to trochę mało, żeby mnie nasycić. Tak, mowa tu o Little Bit i Missin u. Zbierając ten cały wywód do jednego zdania – Nymph to album który nie ma słabych momentów, a te najlepsze powinny trwać dłużej. Zatem które to te najlepsze momenty?

Nie jest dla mnie zaskoczeniem, że Firefly oraz Come For Me stały się pierwszymi dwoma singlami promującymi ten album – mocne, zdecydowane i natychmiast zapadające w pamięć. Samo otwarcie Nymph, czyli Woe, również zrobiło na mnie spore wrażenie. Niezwykle magiczna, a zarazem erotyczna piosenka, podobnie jak Honey, która jednocześnie intryguje mnie swoim końcowym niepokojem, tak jak w Missin u. Wisienką na tym torcie zdają się być Coochie (A Bedtime Story), który brzmi jak zaginiony utwór Ariany Grande, oraz Poison, które wymieszał deep house z euro popem z początku XXI wieku – absolutny czad. Dużo tych udanych utworów, cóż poradzić.

Nymph to naprawdę ciekawy kawałek muzyki, którego nie spodziewałem się doświadczyć. Shygirl chyba znalazła to, w czym czuje się najlepiej i z sukcesem zrealizowała pod postacią kompetentnych dwunastu utworów. Jestem ciekaw, co przyniesie dla tej Brytyjki przyszłość, bo myślę, że jeszcze nie jednym będzie mogła nas zaskoczyć.

Shygirl - Nymph
  • Data premiery: 30 09 2022
  • Single: Firefly, Come For Me, Coochie (A Bedtime Story), Nike, Shlut
Najlepsze utwory: Firefly, Come For Me, Woe, Poison, Coochie (A Bedtime Story)
Najsłabsze utwory: brak


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Christian Cieślak
Christian Cieślak
Skromnie nieskromny dziennikarz muzyczny oraz kulturalny, który już od 5 lat sieje swoje opinie w redakcji All About Music. To mój sposób na dzielenie się ogromną miłością do muzyki całego świata, a w szczególności tej wymykającej się gatunkowym podziałom i prowokującej do myślenia.

Czytaj również

Choć w wyrażeniu hyper pop zawarta jest cząstka 'pop', nie oznacza to wcale niewolniczego przywiązania do sfery muzyki pop. Nic więc dziwnego, że jedną z obecnie popularniejszych artystek tego nowatorskiego nurtu stała się brytyjska raperka oraz piosenkarka Shygirl. Wbrew pozorom, jej długo wyczekiwany debiutancki...Wodzony na pokuszenie. Shygirl – Nymph, 2022 (recenzja)