Uważam, że każda muzyka jest potrzebna. Choć gatunków takich jak dance czy electropop wysoko nie stawiam, to i one mają prawo bytu. Bo kto tańczyłby do soulowych ballad czy heavy metalu? W ostatnim czasie muzyka taneczna schodzi niestety na PSY. Lekkie, popowe kawałki zostały zastąpione przez ciężkie, komputerowe bity. Niektórzy potrafią ciekawie wykorzystać elektronikę. Do tej grupy nie zalicza się jednak will.i.am.
Nagrywanie #willpower raper zaczął już w 2010 roku. Od tego czasu jego wydanie było jednak stale przesuwane. Ponoć William nagrał łącznie ze 100 kawałków. Na albumie zawartych zostało 15 (18 w wersji deluxe). Pominięto takie numery jak Fresh Shit, koszmarne T.H.E. (The Hardest Ever) (Bogu dzięki, że wokalista zdecydował się porzucić ten singiel) czy Party Like an Animal. Na nich miejsce weszły inne, nowsze piosenki (jak chociażby Gettin’ Dumb czy Scream & Shout). Swoją drogą ciekawe, czy kiedykolwiek będzie nam dane posłuchać niewydanych utworów. Ale najpierw – #willpower.
Zanim przejdę do opisywania poszczególnych piosenek, wspomnę tylko o zespole will.i.ama – Black Eyed Peas. Kapela tak ciekawa i oryginalna na początku zeszłego dziesięciolecia. A teraz? Tak wtórna, plastikowa i beznadziejna. Ich dwóch ostatnich krążków (The E.N.D. i The Beginning) nie mogę słuchać. Trudno o równie słaby materiał. Rapera kojarzyłem niegdyś z niezłymi, chwytliwymi piosenkami pokroju Pump It oraz Let’s Get It Started. Szkoda, że teraz zaczęła pociągać go inna muzyka. Jego najnowsza płyta to typowy fast-food: nijaka mieszanka banalnego popu, dance z electro i hip hopem.
Przyznam jednak, że sam początek albumu #willpower mnie zaskoczył. Pozytywnie. Good Morning to subtelny, delikatny wstęp do krążka. Nie zrezygnowano w nim co prawda z autotune, ale sama muzyka jest znacznie lepsza od tej rąbanki, którą raper serwował wcześniej. Chciałem pozostać w tym rozmarzonym świecie jak najdłużej. Niestety już drugi kawałek – Hello – szybko sprowadził mnie na ziemię. Zaczyna się dobrze – przyjemną muzyką, dźwiękami smyczków (przetworzonych, ale kit z tym). Po refrenie wchodzi niestety typowa dla will.i.ama rąbanka. Podobnie zmarnowany został numer This Is Love. Ogromny plus za początek (gra na pianinie) i zaproszenie Evy Simons. W This Is Love wypadła rewelacyjnie. Szkoda tylko, że piosenka jako całość jest bardzo przeciętna.
Osobny akapit postanowiłem poświęcić piosence Scream & Shout, czyli ostatnio najpopularniejszemu singlowi Williama. To nudny i maksymalnie ograny kawałek. Jak najłatwiej go opisać? Wystarczy jedno słowo: komputer. Elektronicznie przerobiona muzyka, Britney Spears i will.i.am brzmiący jak programy do generowania głosu. A mimo tego utwór ma w sobie coś, co przyciąga. Arcydziełem bym tego na pewno nie nazwał, ale w przeciwieństwie do innych piosenek wokalisty tą jestem w stanie przesłuchać do końca. Bez krwawienia uszu.
Te cztery piosenki wyczerpały chyba kreatywność rapera. No bo jak to: aż cztery dające się wysłuchać piosenki pod rząd? To za dużo! Pozostałe kawałki z edycji podstawowej płyty to jakiś żart. Przede wszystkim są to numery strasznie oklepane. Zero kreatywności. Mam wrażenie, że takie piosenki słyszałem już wielokrotnie wcześniej. Let’s Go (gościnnie: Chris Brown) brzmi jak kawałek Pitbulla z jego nowej płyty (też z udziałem Chrisa). Fall Down to takie niedorobione Crazy Kids Ke$hy. Może i tej wokalistki w plastikowości się nie przebije, ale will.i.am ma już niedaleką drogę. I w końcu Gettin’ Dumb jest niczym zaginiony utwór Black Eyed Peas. Tyle że zamiast świetnej Fergie tu pojawia się beznadziejny, koreański zespół 2NE1. Pozostałe kawałki różnią się chyba tylko gościem. Muzyka (czy raczej to, co ma ją przypominać) za każdym razem jest taka sama. Komercyjna, słaba, przetworzona do granic możliwości. Szansę dałbym jedynie piosence The World Is Crazy, która jednak szybko się nudzi, oraz Love Bullets. W tej drugiej pojawia się Skylar Grey. Początek przypomina mi trochę jej solowe nagrania – spokojne, całkiem niezłe. Później niestety dołącza się elektronika. Zwrotki są nudne i bez polotu. Refren natomiast tragiczny.
Po 11 koszmarnych kawałkach chyba jednak sam wokalista poczuł się zgorszony. Dlaczego? A no bo zaserwował nam wersję deluxe. Reach for the Stars to numer typowy dla niego, równie dobrze znaleźć by się mógł na podstawie. Strasznie drażni obróbka wokalu. Jednak dwie kolejne piosenki z deluxe’a – Smile Mona Lisa oraz Bang Bang – zaliczyłbym do najlepszych. Bang Bang nagrane zostało na soundtrack do filmu The Great Gatsby. Nagranie piosenki do tego obrazu obowiązuje. Obok willa na soundtracku pojawiły się takie nazwiska jak Lana del Rey, Emeli Sande, Gotye czy zespół The xx. Konkurencja więc spora. William nie odciął się od swojej electropopowej stylistyki, ale nagrał kawałek, przy którym można się nawet dobrze bawić. Jednak zdecydowanie najlepszym utworem z krążka jest Smile Mona Lisa. Piosenka nie jest elektroniczna. Muzyka składa się głównie z dźwięków gitary akustycznej oraz smyczków. Potrzebna jeszcze jakaś rekomendacja?
Trzy lata kazał nam muzyk czekać na nowy album. Warto było? Przyznam Wam, że… tak. Płyta jest znacznie lepsza niż blackeyedpeasowskie The E.N.D. czy The Beginning. Do ideału mimo tego bardzo daleko. Od większości piosenek nadal bolą mnie uszy. Jeśli jednak William stwierdzi kiedyś, że wystarczy mu już zer na koncie i nagra całą płytę w stylu Good Morning oraz Smile Mona Lisa, to przysięgam – stanę się jego fanem.
Przeczytajcie również
Recenzję Zuzanny Recenzję Łukasza

