Należy im się nieskończona miłość. Red Hot Chili Peppers – Unlimited Love, 2022 (recenzja)

Inne recenzje

Ostatnie dwa lata to czas powrotu wielkich rockowych formacji – nie tylko z nowymi wydawnictwami, ale też do swego rodzaju korzeni – brzmieniowych czy jeśli chodzi o ich skład. Tak właśnie stało się z Red Hot Chili Peppers – zespół zaprezentował przeszło tydzień temu nowy album, którym to wzbudził ogromny entuzjazm fanów. Nie będę ukrywać, że rzeczywiście, jest czym się cieszyć, bo Unlimited Love to czysta muzyczna radość sama w sobie.

Pięć lat temu zespół Red Hot Chili Peppers wydał swój jedenasty album studyjny. Krążek The Getaway został wyprodukowany przez Briana Josepha Burtona, znanego szerzej pod pseudonimem Danger Mouse, który aż po dwudziestu pięciu latach zastąpił w tej roli Ricka Rubina. Projekt okazał się być wręcz naszpikowany mainstreamowymi piosenkami gotowymi do radia i zyskał bardzo przychylne opinie krytyków, którzy zwracali uwagę na jego świeżość, energię i dobre melodie – fani grupy nie ukrywali jednak, że The Getaway nie brzmi jak klasyczny krążek Red Hot Chili Peppers i po prostu czegoś (a może kogoś) mu brakuje.

W 2009 roku, po raz drugi już, z zespołu odszedł gitarzysta John Frusciante. Po raz pierwszy muzyk opuścił szeregi grupy tuż po wydaniu przełomowego Blood Sugar Sex Magik, by wrócić po sześciu latach – był czysty, rzucił dragi, zmienił styl życia. W odrodzonym składzie powstały kolejne krążki, czyli Californication, By the Way i Stadium Arcadium. W 2009 roku Frusciante znów odszedł, tym razem jednak po to, by skupić się na karierze solowej. Jego miejsce zajął Josh Klinghoffer, który pojawił się na I’m with You i The Getaway. Planowo gitarzysta miał zagrzać miejsce w zespole na dłużej, jednak prace nad kolejnym krążkiem nie szły, coś nie grało – Flea i Anthony Kiedis postanowili odezwać się do dawnego kolegi i zaproponować mu powrót – a ten się zgodził.

W 2019 roku ogłoszono powrót Frusciantego – dla fanów stało się jasne, że prędzej czy później ukaże się nowy album. Oczekiwania wzrosły, gdy okazało się, że do grupy powrócił jej kolejny ważny “członek” – Rick Rubin. Na płytę trzeba było poczekać dłużej, bo aż trzy lata. Dopiero na początku tego roku ukazał się pierwszy od pięciu lat singiel Red Hot Chili Peppers, będący równocześnie pierwszym od piętnastu (!) lat utworem, w tworzeniu którego wziął udział Frusciante. Numer Black Summer przywołał wspomnienia, cofnął fanów zespołu do jego najświetniejszych lat – sposób śpiewania Kiedisa od razu przywodzi tu na myśl wokal z Under the Bridge klimat zaś kieruje do dźwięków, które znamy z Californication. Powrót uwielbianego gitarzysty czuć od razu – po tej melodyjności, po charakterystycznej solówce. Pierwszy singiel przyniósł więc nam w pigułce to wszystko, z czego znamy papryczki w ich klasycznym, najlepszym składzie.

Wraz z wydaniem Black Summer formacja ogłosiła wydanie swojego dwunastego albumu studyjnego – został on zatytułowany Unlimited Love i ukazał się 1 kwietnia. Krążek jest mocarny, biorąc pod uwagę jego wielkość i czas trwania – złożyło się na niego aż siedemnaście kompozycji, których łączny czas trwania przekroczył godzinę i dziesięć minut. Nie jest to jednak coś, co wprawionych fanów grupy powinno odrzucać, czy dziwić – tylko dwa albumy grupy trwały mniej niż pięćdziesiąt minut i były do ich pierwsze krążki, które w opinii publicznej przeszły bez echa. Płytę zdobi świetna okładka, przedstawiająca neon w kształcie klasycznego logo zespołu, wraz z jego nazwą i tytułem płyty – świetna, świeża, ale neon to symbol przełomu lat ‘70 i ‘80 i nie ukrywam, zastanawiałam się, czy fakt ten będzie miał jakieś znaczenie w połączeniu z muzyczną zawartością.

Krążek otwiera wspomniany już wyżej Black Summer. Drugi w kolejności jest numer Here Ever After, który od razu urzeka basowym intro, Dalej mamy to, co od zawsze wyróżnia papryczki, czyli genialna nawijka Kiedisa, której nie powstydziłby się żaden raper, tak świetnie, nadal świeżo brzmiąca w rockowym klimacie. To powrót do korzeni z Mother’s Milk i Blood Sugar Sex Magik na czele. Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na chwytliwy refren.

Aquatic Mouth Dance to pierwsze (i nie ostatnie) zaskoczenie – chodzi przede wszystkim o orkiestrowe brzmienie w tle, które nadaje całości takiego trochę jazzowego klimatu, szybko przechodząc już w prawdziwy funk. Uosobieniem tego gatunku staje się za to Poster Child, łącząc jednak te dźwięki z rockowym graniem, zwłaszcza pod koniec, gdy z solówką wchodzi Frusciante. Numer ten ma też taki psychodeliczny charakter, znany, co ciekawe, szczególnie z One Hot Minute, na którym to gitarzysta nie pojawił się. Wciąga coraz bardziej z każdym kolejnym przesłuchaniem, jeden z najlepszych kawałków na płycie.

Troszkę bardziej spokojnie, klimatycznie, balladowo robi się za sprawą Not the One. Nie ukrywam, że ja biorę papryczki w każdym wydaniu – rockowym, heavy metalowym, funkowym, punkowym, hip-hopowym, lirycznym. Śliczna propozycja z ciekawą perkusją i świetnym akcentowaniem Kiedisa na końcach wersów – bardzo fajny, taki spokojny, ale równocześnie pogodny nastrój. Początkowo podeszłam do tej kompozycji dość obojętnie, określiłam ją nawet jako mdłą, ale po kilku odsłuchach zmieniłam zdanie – tym bardziej, że, jakby nie patrzeć, jest to w jakiś sposób piosenka o miłości. W podobnym klimacie, ale z większym pazurem, utrzymany jest numer The Great Apes – zyskuje on niesamowity charakter za sprawą ostrzejszego refrenu i mocnej gitary Frusciantego – jak to dobrze, że wrócił!

Troszkę gorzej dla mnie wypadają balladowe Veronica  i Tangelo. Obie odrobinę mnie zmęczyły, nie przepadam za tymi kawałkami. Chyba jednak wolę papryczki trochę bardziej na ostro.

It’s Only Natural to taki klimacik wzięty żywcem z Californication – za każdym kolejnym odsłuchem szczególnie wybija się tu bas, skutecznie zostawiając w tyle śpiew Kiedisa. Fajne outro, w którym Flea już totalnie wychodzi na pierwszy plan. Bardzo kojący numer, nie zachwycił mnie za pierwszym razem, z czasem jednak całkiem złapałam ten nastrój, to samo miałam z Whatchu Thinkin’. Mimo, że początkowo nie urzekają, to czuć w nich taką totalną, słodką, prostą radość z grania, z ponownego spotkania, luz i pewność siebie w dźwięku. Już to wskazuje, że mamy do czynienia z dobrą płytą – kiedy nawet w czymś, co początkowo Ci nie leży jesteś w stanie dostrzec dobre strony.

No to jest ciekawa sprawa! She’s a Lover kojarzy mi się z R&B i to tego typu, którego którego nie powstydziłby się w swojej twórczości Silk Sonic, czyli Bruno Mars i Anderson .Paak. Refren wciąga totalnie i dla mnie ma szansę na kolejny wielki hit grupy – mam nadzieję, że stanie się następnym singlem, wielka szkoda, że nie został nim wcześniej, jeszcze przed premierą albumu. Brzmienie idealnie nadające się do radia, ale przy tym bardzo nastrojowe, z duszą klimatycznych klubów rodem z lat ‘70. Jeszcze większą klasą pełną melodii, wspaniałego groove, wibracji jest Let ‘Em Cry. Dużo roboty robią organy i brzmienie trąbki, a refren to totalna zaraza, której trudno się pozbyć z głowy, trochę jak Dance, Dance, Dance – wspaniałe!

Do tej pory było sporo funku, trochę ballad, ale to nie znaczy, że Panowie zapomnieli, jak razem grać rocka. Ostrzej, dźwiękowo rodem z Blood Sugar Sex Magik, kiedy papryczki mocno wyróżniała ta heavy-metalowa gitara, robi się w połowie krążka. Tu w These Are the Ways wiosło jest wręcz galopujące i idealnie współgra z perkusją. Mocniej, ale tylko pod koniec, jest też w One Way Traffic. Ten numer to dla mnie jak Stadium Arcadium i By the Way w jednym – charakterystyczny, można powiedzieć rap Kiedisa (sporo go ogólnie na Unlimited Love), jest świetny, ale zakrzyk “Ay-oh, way-oh” od razu skojarzył mi się z numerem Snow (Hey Oh).

Bastards of Light mocno zaskakuje swoim początkiem, który ma w sobie coś z brzmienia elektro. Ten efekt szybko znika, zostaje zastąpiony przez gitarę akustyczną i brzmiący bas, które przywodzą na myśl swobodne czasy słonecznych lat ‘60. Ale to tylko wrażenie – w drugiej minucie pojawia się zaskakująca, mocna wstawka, rodem z By the Way. Totalnie kosmiczny klimat, kojarzący mi się właśnie z ósmym albumem studyjnym grupy – świetne.

Nie mogło zabraknąć Kalifornii, którą to w końcu przynosi nam numer White Braids & Pillow Chair. Jego intro zabrzmiało mi jak spowolniona wersja Dani California i wrażenia tego numeru w tle nie mogłam się pozbyć już przez całość – w końcu tekst wprost mówi o Kalifornii, czego wyrazem jest tekst zakończenia:

California blue

Sing to you, things to do

California blue

Sing to you

Deep Ventura sky

Rolling by, rolling why

Deep Ventura sky

Rolling by

Santa Cruz in June

Either blue, surf the moon

Santa Cruz in June

Surf the moon

San Francisco Bay

Safe to say, paved the way

San Francisco Bay

Paved the way

W pewnym momencie brzmienie kawałka mocno się zmienia – nabiera tempa za sprawą galopującej perkusji. Bliźniacze pod względem zwrotu brzmieniowego jest The Heavy Wing, które w jednej chwili ze spokojnej melodii zmienia się w kawałek z heavy-metalowo-punkowym zacięciem, a do tego dochodzą kosmiczne wstawki – interesująca sprawa.

Unlimited Love to kawał świetnego, świeżego, optymistycznego, radosnego grania, Panowie w jakiś sposób powrócili do swoich korzeni, pokazali się z tej najlepszej, różnorodnej strony, która wymyka się wszelkim gatunkowym ramom. Strasznie cieszy mnie to, że ostatnie albumy klasyków rocka są właśnie takie wielorakie, nie skupiają się na jakimś konkretnym brzmieniu, starają się odpowiadać na wymagania współczesnego rynku – i współczesnych fanów. 

Grupa umiejętnie nawiązuje do swoich największych, uznawanych za najlepsze, albumów – Blood Sugar Sex Magik, Californication i Stadium Arcadium, nie jest jednak w tym przesadna. Co do tekstów – ja nigdy nie zwracałam jakieś szczególnej uwagi na tą część twórczości Red Hot Chili Peppers – niestety, ale muzycy nie są najlepszymi tekściarzami, mają lepsze momenty, ale to jednak muzyka jest tym, co ma u nich największą wartość.

Najnowszy album formacji to świetna pozycja, genialny powrót, pokazujący ich nieco bardziej klimatyczną i marzycielską stronę, jednak świetne partie gitary Frusciantego, rytmiczny bas Flea i dynamiczna perkusja Chada Smitha jednoznacznie pokazują, że grupa nie straciła swojego rockowego wyczucia. Kiedis brzmi świetnie, nie ma znaczenia czy to w swoim charakterystycznym rapie, czy w lirycznych balladach. Panowie nie stracili nic ze swojego charakteru, muzycznej pasji, energii, dziwaczności, poczucia funku – dlatego należy im się nieskończona miłość,

Red Hot Chili Peppers - Unlimited Love
  • Data premiery: 01 04 2022
  • Single: "Black Summer", "These Are the Ways"
Najlepsze utwory: "Let 'Em Cry"
"Black Summer"
"Poster Child"
"She's a Lover"
"Bastards of Light"
"Here Ever After"
"These Are the Ways"
Najsłabsze utwory: "Veronica"
"Tangelo"


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Dominika Pawłowska
Dominika Pawłowska
Kręci mnie kultura, zwłaszcza muzyczna. Słucham dużo starego rocka i metalu, ale na moich playlistach nie brak też dźwięków popu, electro, alternatywy czy R&B. Muzyki słucham praktycznie ciągle, a od kilku lat, mniej lub bardziej poważnie, o niej piszę. Poza muzyką, na co dzień zajmują mnie moje koty - Stefan i Oliver, czytanie, gotowanie i oglądanie sitcomów.

Czytaj również

Ostatnie dwa lata to czas powrotu wielkich rockowych formacji - nie tylko z nowymi wydawnictwami, ale też do swego rodzaju korzeni - brzmieniowych czy jeśli chodzi o ich skład. Tak właśnie stało się z Red Hot Chili Peppers - zespół zaprezentował przeszło tydzień temu...Należy im się nieskończona miłość. Red Hot Chili Peppers - Unlimited Love, 2022 (recenzja)