13 lutego w Nowohuckim centrum Kultury odbył się koncert Andrzeja Poniedzielskiego. Koncert rozpoczął się słowami: „Dobry wieczór”. Niby nic, a jednak cała sala w śmiech, ja również. Artysta z optymizmem nie kojarzy się, lekko mówiąc. Z „optyminimalizmem” jak sam mówi, już bardziej. Jednak porywa tłumy swoim temperamentem, oj porywa (kto był ten wie!).
Poniedzielski jest już okazem zabytkowym (myślę, że rad byłby z tego określenia), cytując starsze panie, które podsłuchiwałam po koncercie: „On ma taki kulturalny humor, nie głupawy”. To właśnie jest to „coś”, co zanika w dzisiejszych „głupawych” czasach, coś co miał w sobie Przybora, Wasowski i inni starsi panowie. Teraz pozostały takie okazy zabytkowe z edycji limitowanej i cieszmy się nimi póki możemy. Był to jednakowoż koncert, jakby nie patrzeć. Poniedzielski śpiewa (raz wymsknęło mu się „zaśpiewam teraz…”, które natychmiast zamienił na „zaprezentuję”). Ja pozostaję przy „śpiewa”, wyrwało mu się przecież kilka „lalala”. Wokalista chwaląc się: „języki obce są mi obce”, pisze nowe słowa do znanych i wspaniałych utworów, takich jak „Dance me to the end of love”, które przemienia na „Tęsknij za kolejnym dniem”, czy „Bésame mucho” na „Bezą mnie kuszą”. Każdy utwór poprzedza wprowadzenie, które nie zawsze dotyczy piosenki, a często naszej rzeczywistości.
Poniedzielski głosem pogrzebowym opowiada o dzisiejszej Polsce, o tym jak smutno i marnie i właśnie „głupawo” jest tutaj u nas. I rozbawia tym niezwykle. Wszystkich. Czasem taka opowieść kończy się wielkimi brawami i śmiechem do łez.
Bo cóż innego można zrobić w obecnej sytuacji… Ale-cieszmy się, że mamy Poniedzielskiego i że NCK zaprasza do Krakowa tak wspaniałych artystów.


