Kogo będą słuchać nasi prawnukowie w roku 3000? Coś mi podpowiada, że właśnie ich! Przed wami duet samozatrudnionych astronomów, Sergio Leone i Ennio Moricone polskiej alternatywy, albo po prostu Koza i Kuba Więcek. Z autorami albumu Niebo nad Berlinem porozmawialiśmy o wymykaniu się definicjom, wpływach kinematografii na muzykę i inspirujących miejscach w stolicy Niemiec.

Miłosz Musiał: Wasza wspólna płyta jest zdecydowanie bardziej elektroniczna, niż choćby dotychczasowe dokonania Kuby. Jaki będzie następny krok? 808-ki i trapowe bangery?
Koza: Robiąc muzykę staramy się odkładać na bok gatunkowe konwencje. Pracujemy w tym momencie nad kilkoma bardziej energetycznymi numerami, ale zastosowanie kontrastów pozostaje dla nas ważnym elementem procesu.
Kuba Więcek: Spotykamy się, żeby tworzyć razem muzykę już od ponad roku i z każdym spotkaniem docieramy do siebie coraz lepiej. Dla mnie okres tworzenia Nieba nad Berlinem to były pierwsze miesiące w świecie produkcji muzycznej, minął rok i czuję, że jestem w zupełnie innym miejscu, jeśli chodzi o umiejętność ekspresji tym środkiem wyrazu. Mamy też za sobą współpracę z naszym live bandem, która była niezwykle inspirująca i daje nam jakieś wskazówki i kierunek.
MM: Żyjemy w świecie, w którym ludzie lubią segregować wszystko do precyzyjnie oznaczonych szufladek. Gdybym pracował w Empiku jako osoba odpowiedzialna za układanie płyt na półkach, miałbym poważny problem, gdzie umieścić wasz album. Czy w ogóle potraficie nazwać muzykę, którą tworzycie?
Kuba: Chyba nie do końca nam na tym zależy, ale ja bym umieścił ją gdzieś pomiędzy rapem, muzyką elektroniczną i alternatywą.
Koza: Kwestia definicji nie jest dla nas istotna. Oczywiście można się rzucić na lapidarne określenia z przedrostkiem „post” albo nazywać to po prostu art-rapem. Mi osobiście podoba się to jak wiele konotacji i metakomentarzy do rozmaitych gatunków muzyki potrafią odnaleźć słuchacze i nie chciałbym zabierać im możliwości nazywania tego po swojemu.
MM: Jak wyobrażacie sobie odbiorcę waszej muzyki? Celujecie w intelektualnych gimbusów czy bardziej w wykładowców akademickich?
Koza: Celujemy w ludzi o podobnej do naszej wrażliwości. Ludzi szukających świeżych dźwięków, pomysłów aranżacyjnych, lubiących zagłębić się w strukturę narracyjną albumu. Myślę, że jeśli ktoś w naszej muzyce znajduje coś dla siebie, to nieważne w jakim jest wieku i jak bardzo zna się na kulturze czy sztuce.
Kuba: Szukamy odbiorców gotowych na doświadczenie czegoś nowego. Czasami może być to niewygodne, może wymagać dużego zaangażowania, ale chcemy opowiedzieć ludziom naszą własną historię.
MM: W tekstach z Nieba nad Berlinem często pojawiają się nazwiska uznanych reżyserów. Od Godarda przez Wendersa do Jarmuscha. Skąd tak liczne nawiązania do kinematografii?
Koza: Starałem się nie przesadzać z rzucaniem nazwiskami, ale ten zabieg bardzo ułatwia ekspresję. Filmy to małe, oddzielne światy, a celem naszej muzyki jest zabranie słuchacza w podróż po takich właśnie światach. Pojawiające się i znikające obrazy i nastroje, wrażenie bycia w drodze, podróży – tego właśnie szukamy.
MM: Za wami pierwszy koncert w ramach Portu Kultury. Na scenie towarzyszył wam Jan Emil Młynarski i Grzegorz Tarwid. Jak czujecie się w roli liderów tego kwartetu?
Koza: Pracując z Janem i Grzegorzem zawsze uczę się czegoś nowego. Staram się słuchać ich z uwagą na próbach i wyłapywać, co próbują mi przekazać przy pomocy dźwięku. Zdaje mi się że Kuba jest dużo bardziej wrażliwy na tego typu wiadomości, dlatego mam dużo zaufania wobec jego decyzji kompozycyjnych i zmian w domyślnym brzmieniu utworu. To ekscytujące słyszeć, na jak wiele sposobów chłopaki potrafią zinterpretować jeden kawałek.
Kuba: Grzegorz i Janek są wspaniałymi muzykami, z którymi gram już od wielu lat. Byłem pewien, że pomogą nam wznieść naszą muzyką na jeszcze wyższy poziom. Już w trakcie pierwszej próby byliśmy w szoku, w jakim kierunku to wszystko szło. Każdy z nich ma swoje własne brzmienie i zależało nam na tym, żeby mogli oni pozostać jak najbardziej sobą.
MM: Singlom Jarmusch i 3000 towarzyszą ekscentryczne klipy Artura Mitery. Osobiście nie jestem w stanie wyobrazić sobie lepszej ekranizacji tych utworów. Jak doszło do waszej współpracy z Arturem?
Koza: Artur napisał do mnie na fanpage. Z początku nie powiedział nawet jak się nazywa, a jego mail miał nazwę „filozofia-sklep” czy coś takiego. Pokazałem jego prace Kubie i ta plastelinowa estetyka też złapała go za serce. Doceniam to, że Artur potrafił skleić te klipy w tak krótkim czasie, bo na moje oko wymagają sporego nakładu pracy i dobrego planowania.
MM: Na waszym albumie znalazł się prześmiewczy kawałek Mango. Co wpłynęło na wybór tak nieoczywistego singla?
Koza: W epoce internetowej postironii ciężko stwierdzić co jest na serio, a co nie. Dlatego się tym w ogóle nie przejmowaliśmy. Ten kawałek ma po prostu przyjemne, wyluzowane brzmienie i groove, do tego singlowy refren. Szczerze powiedziawszy dla nas ten wybór był dość oczywisty.
MM: Często powtarzacie, że utwory na płytę powstawały bardzo szybko. Wiemy, że górna granica to trzy i pół godziny. Ile zatem zajęło stworzenie kawałka, który powstawał najkrócej?
Koza: Czterdzieści minut?
Kuba: Podczas chyba naszego piątego spotkania stworzyliśmy w trzy i pół godziny dwa utwory – w dwie i pół godziny Ariannę, potem była dwudziestominutowa przerwa na kawę, aby następnie stworzyć Faszyzm w czterdzieści minut.
MM: Tu panowie mam do was filozoficzne pytanie. Jak waszym zdaniem będzie wyglądał świat w roku 3000?
Koza: Gęsta roślinność, dobywające się zewsząd odgłosy nieznanych jeszcze gatunków zwierząt i prawie żadnych śladów po istnieniu człowieka.
Kuba: To by było super!
MM: Muszę przyznać, że portaficie zainspirować. Po wysłuchaniu waszego albumu zdecydowałem się na zakup biletu do Berlina. Za kilka tygodni lecę w podróż i stąd moje pytanie – jakie miejsca inspirowały was do stworzenia płyty?
Koza: Dużą inspiracją był dla mnie klimat przedmieść Berlina, szerokich ulic Spandau i Westendu. Każdemu polecam też Teufelsberg i Museum of Unheard Of Things, dwa najbardziej osobliwe miejsca w jakich byłem w tym mieście. Klub Tresor też wywołał na mnie wrażenie, a gdybyś chciał coś zjeść to polecam przejść się po tureckich knajpkach na Neukolln.
Kuba: Ja jestem wielkim pasjonatem jedzenia, a w Berlinie nie można na to narzekać! Moje ulubione miejsca to pizzera ZOLA, restauracja azjatycka HAMY oraz kawiarnia BEN RAHIM. W Berlinie mieszkałem 2 miesiące przemierzając całe miasto o różnych porach dnia na rowerze – to bardzo inspirowało!
