Throwback Review: The Doors – The Doors (1967), recenzja Nikoliny Zielińskiej

Inne recenzje

Lata 60 w mojej głowie jawią się jako pewnego rodzaju paradoks, bowiem o rzeczywistości tamtego okresu możemy powiedzieć bardzo dużo, ale na pewno nie to, że była czarno-biała. Piękne, może nawet trochę naiwne wolnościowe hasła głoszone przez ruch hippisowski bardzo mocno zderzały się z irracjonalnym podziałem rasowym. Takich “zderzeń” było znacznie więcej, ale to właśnie one doprowadziły do rewolucji, której echa możemy usłyszeć do dziś, między innymi właśnie na debiutanckim krążku The Doors.

https://images-na.ssl-images-amazon.com/images/I/81dWUePuUsL._SL1433_.jpg

Nie bez powodu to właśnie Jima Morrisona wskazuje się jako jeden z symboli lat 60. Być może dlatego, że podobnie jak czasy, w których przyszło mu żyć, wymykał się wszelkim schematom. W tym miejscu należałoby zadać pytanie, na ile świadomie tworzył swój image. Kontrowersyjny, bezkompromisowy, elektryzujący, a jednak na tyle wrażliwy by przygniotła go rzeczywistość. Przez 27 lat życia stworzył niezwykle intrygujący obraz samego siebie i kilka płyt, które dziś bez wahania zaliczamy do klasyki rocka psychodelicznego.

A wszystko zaczęło się od wydanej przez grupę 4 stycznia 1967 roku płyty zatytułowanej po prostu The Doors. Otwierający album kawałek Break on Through (To the Other Side) to bardzo wyraźny obraz tego, w jaki sposób Jim Morrison postrzegał sztukę. Ciągłe poszukiwanie zmieniło się w ścieżkę dźwiękową, która uderza z dość sporą siłą po to, żeby przenieść słuchacza gdzieś na granice świadomości. To przeładowanie w połączeniu z niskim, głębokim głosem Morrisona tworzy wrażenie pewnej lepkości charakterystycznej dla psychodelicznego rocka, który od tej pory będzie kojarzony przede wszystkim z grupą The Doors.

Soul Kitchen tylko z pozoru mniej agresywne i nieco bardziej wyważone nadal ma w sobie coś z poszukiwania połączeń i dźwięków. Trochę tak jakbyśmy słyszeli dźwiękową amplitudę, która na tym albumie jeszcze będzie się pojawiała.

Tekst, który wybrzmiewa w akompaniamencie delikatnego plumkania, tworząc The Crystal Ship pozwala zobaczyć w Morrisonie tego, kim zawsze chciał być, czyli bardzo dobrego poetę, a przede wszystkim człowieka, czerpiącego inspiracje z dzieł, którym sam najprawdopodobniej zazdrościł nieśmiertelności. Z czasem zresztą zrobi wszystko, aby nie być zwyczajną gwiazdą rocka, ale mistycznym szamanem pozostającym w oderwaniu od rzeczywistości.

Szczypta Bluesa oprawiona w rockowe zacięcie to jest to wszystko, co dostajemy od The Doors w postaci Twentieth Century Fox.

Alabama Song (Whisky Bar) jest dowodem na to, że dobre covery naprawdę istnieją. A ten w wykonaniu zespołu The Doors ma w sobie coś magicznego. Gdy piszę o tym co tworzyli Doorsi, zawsze powtarzam jedno zestawienie. The Doors to niekończący się romans teatru i muzyki, który pomimo upływu czasu wciąż brzmi tak samo dobrze.

Jeden z najbardziej znanych utworów grupy, czyli Light My Fire można porównać do swego rodzaju wiru, tworzonego przez znakomitego instrumentalistę jakim był Ray Manzarek.

Kolejny głęboki ukłon w stronę bluesowych klasyków to rytmicznie i pewnie wykrzyczany Back Door Man. Po tej chwilowej zmianie nastroju wracamy przy pomocy nieco bardziej skocznego I Looked at You, do brzmienia, które już na tym etapie można nazwać charakterystycznym dla grupy The Doors.

Czarując głosem w End of the Night, Jim Morrison po raz kolejny roztacza niesamowitą aurę tajemniczości i niepokoju, która podsycana jest przez leniwie sączące się gitarowe dźwięki. W podobnym stylu, pomimo zwinniejszych i lżejszych refrenów utrzymane jest także Take It as It Comes.

Na koniec panowie z The Doors serwują utwór, który zostaje w podświadomości na długo po jego wysłuchaniu. Prawdziwa muzycznie narkotyczna podróż, w którą zabierają nas dźwięki utworu The End to uczta nie tylko ze względu na skrzętnie ukryte ozdobniki, które skutecznie przykuwają uwagę, ale też ze względu na sposób, w jaki Jim Morrison dawkuje tu emocje. Obojętność, przejmujący smutek, dobrze ukryta złość? O tym co poeta miał na myśli możemy zadecydować sami. Możemy też wyobrazić sobie jak wielkie kontrowersje wzbudziły w tamtych czasach nawiązania do syndromu Edypa, wyśpiewywane przez Jima Morrisona z niesamowitym zaangażowaniem.

Nie będę ukrywała, że The Doors to dla mnie zespół legenda, który wyrwał się z dość prostej machiny show- biznesu. Niesamowicie znany, a jednak jakby przemilczany. Twórczość The Doors nie należy do tych łatwych, ale na pewno do takich, które warto znać. W mojej ocenie debiutancki krążek nie wyznaczył jedynie ścieżki, którą podążała grupa, ale zgodnie z tym, co chciał osiągnąć Jim Morrison, otworzyła nowe drzwi, przez które zdecydowało się przejść wielu artystów. Grupa The Doors wciąż ma w sobie tę samą tajemnicę, która pozwala myśleć, że dziś zajmuje miejsce, które sama sobie wybrała. Balansując gdzieś pomiędzy nieustającą sławą, a zapomnieniem.

-
  • Data premiery:
  • Single:
Najlepsze utwory:
Najsłabsze utwory:


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Czytaj również