Do grona artystów mających na swoim koncie album świąteczny dołączył w tym roku, od lat uwielbiany przez fanów na całym świecie – Robbie Williams. Czy Michael Bublé nie będzie ponownie królem świąt, a jego miejsce zajmie brytyjski wokalista? Raczej nie… Dlaczego? O tym w dzisiejszej recenzji.
Do informacji o wydaniu świątecznego albumu przez popularnego wykonawcę zawsze podchodzę z pewnym dystansem. Oryginalne wersje grudniowych klasyków są zwykle nie do przebicia, a nawet nie do dogonienia, a autorskie piosenki mające wprowadzać nas w świąteczny klimat, często są wyjątkowo nieudane. W przypadku Robbiego schemat ten niestety został częściowo zachowany – niektóre covery są dobre, ale żaden nie porywa wyjątkowo, z kolei wiele z autorskich pozycji jest całkowicie nietrafione.
Wydawnictwo w wersji fizycznej składa się z 2 płyt („Christmas Past” i „Christmas Future”), w skład których wchodzi łącznie 28 kompozycji. Dość sporo, jak dla mnie wręcz za dużo. Płyta w pewnym momencie ciągnie się niemiłosiernie i osobiście musiałam przesłuchanie jej całej rozłożyć sobie nieco w czasie.
Robbie przygotował dla fanów covery hitów takich jak Winter Wonderland, Let It Snow! Let It Snow! Let It Snow!, czy Santa Baby, zaśpiewane w duecie z niemiecką piosenkarką – Helene Fischer. Nie zabrakło też piosenki Merry Xmas Everybody, w której Williamsowi towarzyszy Jamie Cullum. Ten duet, spośród wszystkich znajdujących się na albumie, przypadł mi do gustu zdecydowanie bardziej.
Spośród wszystkich, bo jest ich tu jeszcze kilka. Na albumie pojawiają się również Rod Stewart, Poppa Pete, Bryan Adams, czy… bokser – Tyson Furry. Niestety współprace te nie są zbyt porywające.
Robbie Williams przygotował też dla fanów autorskie numery. Wzbogacone o rodzinny klip Time For Change, wsparte o dziecięcy chórek Best Christmas Ever, czy rozczulające Home – „You are the light that / Is guidin’ me back / And I’ll be home for Christmas”.
Pojawiają się też dwa krótkie, uzupełniające się numery, skierowane ku córce Brytyjczyka – Coco – Coco’s Christmas Lullalby i Coco’s Christmas Lullalby Reprise. Subtelne, spokojne, jak na kołysanki przystało.
Niektóre z piosenek napisanych specjalnie na rzecz albumu wzbudziły moją szczególną uwagę. Niestety nie w kontekście pozytywnym. Jedna z nich to Happy Birthday Jesus Christ. Tekst do utworu miał być ironiczny, lekko humorystyczny, jasne, rozumiem, do mnie jednak nie trafia. Czuję wielką konsternację za każdym razem, gdy słucham tego kawałka. „Everything’s so overprice / Like Justin Bieber’s merchandise / Happy birthday, Jesus Christ”. Podobnie jest w przypadku numeru Snowflakes. Samo wokalne wykonanie utworu nie pozostawia nic do życzenia. Dobra praca głosem i urozmaicona, bardzo chwytliwa warstwa muzyczna. Ale tekst… „My dad’s new girlfriend from Taiwan / Brand new to the country and she’s 21 / They met online and now she’s my mum”. Zdecydowanie nie czuję świątecznego klimatu.
Zaznaczę, że The Christmas Present nie jest dla mnie totalną porażką. Aranżacje niektórych utworów są naprawdę ciekawe. Włączające się w wybranych kompozycjach chórki dodają świątecznego uroku. Płyta jednak w pewnym momencie zaczyna po prostu nudzić i mnie osobiście zniechęcać lirycznie w kilku autorskich kompozycjach. Zdecydowanie wolałabym wysłuchać samych coverów, niż tego typu autorskich pozycji. Choć nadal – niechętnie wracałabym do albumu. O dziwo, nawet wokal Brytyjczyka, którego fanką jestem od lat, nie przemawia do mnie w wielu kawałkach na tym wydawnictwie. Nie kupuję świątecznego wydania Robbiego.
Dla najbardziej zagorzałych fanów Brytyjczyka krążek ten stanowi zapewne pewnego rodzaju gratkę. Pozostałym osobom zalecam pozostanie przy świątecznych klasykach. Dla mnie to album, bez którego rynek muzyczny zdecydowanie by się obył. Oj, Bublé jeszcze długo nie zdejmie świątecznej korony, Panie Williams. Na pewno nie dla Pana w tym roku.
- Data premiery:
- Single:
