MENU

    Szau Spolsky w Stodole, czyli finałowy koncert Bigotka Tour. Relacja Karoliny Młynarskiej

    Wiele się ostatnio mówi o Mery Spolsky. Nie tylko za sprawą najnowszej, odbijającej się szerokim echem płyty, ale także dzięki trasie koncertowej, którą artystka promuje wydawnictwo Dekalog Spolsky. Bigotka Tour objęła kilka miast i trwała blisko miesiąc, a swój finał miała w warszawskiej Stodole. I cóż to był za finał!

    Niezapomniany zdaje się odpowiednim określeniem, ale wciąż niewystarczającym. Ale od początku. Przed gwiazdą wieczoru zaprezentował się duet Rat Kru, stylistycznie podobny do twórczości Spolsky. I choć sympatię do jej dokonań mam dużą, tak do Rat Kru trudno było mi się przekonać. Przynajmniej przed koncertem, bo na żywo nagle zaskoczyło i z przyjemnością bujałam się w rytm elektronicznych bitów grupy. Panowie fajnie rozgrzali publiczność i dali się poznać w sposób, o którym będzie się pamiętać.

    Przyszedł moment, na który wszyscy czekali – na scenie pojawiła się Mery, rozpoczynając set nagraniem Blond Włosy. Z Dekalogu usłyszeliśmy także nastrojową Szafę Meryspolsky, dynamiczne Sorry From The Mountain oraz najciekawsze, moim zdaniem, KA. Nie zabrakło także przebojów z pierwszego krążka – wręcz stworzonego do wspólnego odśpiewania Liczydła, charakterystyczny Wrzesień oraz tytułowe Miło Było Pana Poznać. Nie zabrakło najentuzjastyczniej przyjętych kawałków, czyli Bigotki, Technosmutku czy Faka. Fajnie było usłyszeć też przestrzenną Kosmiczną Dziewczynę i nieoczywiste Cieliste Rajstopy.

    To, co najbardziej mi się spodobało i jednocześnie najbardziej zaskoczyło, to niesamowite porozumienie między Mery a publicznością. Nie mówię nawet jedynie o niesamowicie głośnym odśpiewaniu każdej piosenki z setlisty, lecz także o wyczuwalnej chemii migrującej między sceną a publiką. Bywałam już na wielu koncertach, ale takiej niezwykłej więzi na linii artysta-fani jeszcze nie doświadczyłam. W tłumie przeważały nie tylko ubrania w paski; w odpowiednich momentach pojawiało się morze białych kartek z zapisanymi na nich cytatami z poszczególnych kawałków Mery. Sama wokalistka była widocznie wzruszona i szczęśliwa nie tylko ze względu na reakcje publiczności. Nie kryła zaskoczenia widokiem zapełnionej sali klubu (a warto nadmienić, że początkowo koncert miał odbyć się na małej scenie – ze względu na duże zainteresowanie występem przeniesiono go na dużą scenę), podkreślając, że to jej największy samodzielny koncert.

    Z tego wydarzenia zapamiętam same pozytywy. Długo wyczekiwałam okazji do usłyszenia Dekalogu na żywo i przyznaję – nie zawiodłam się. Atmosfera w tłumie była nie do podrobienia. Stojąc wśród ludzi pozytywnie nabuzowanych energią, trudno było powstrzymywać własne chęci do zabawy. Zwłaszcza że przykład idzie z góry; Mery nie szczędziła głosu i żywiołu, skacząc, biegając i zwyczajnie ciesząc się chwilą. Widok szczęśliwej artystki i równie szczęśliwej publiczności jest bezcenny i na długo zapada w pamięć. Cieszę się, że finał Bigotka Tour przypadł właśnie na Stodołę. Świadomość końca tego etapu tylko spotęgowała wrażenia, które, jestem przekonana, długo będą nam jeszcze odbijać się w pamięci. Na takie koncerty po prostu chce się – i trzeba – chodzić.

    Karolina Młynarska
    Karolina Młynarskahttp://po-sluchaj.blogspot.com/
    Studentka filologii polskiej. Miłośniczka literatury, języka polskiego oraz muzyki rockowej, alternatywnej i elektronicznej.

    Ostatnio opublikowane