MENU

    You’re fire, but sweet. Zespół flor wystąpił w warszawskiej Hydrozagadce. Relacja Izabeli Zadury

    Każdy z nas ma w swoim życiu artystów, których obserwował od początku ich drogi. Możemy kochać nieosiągalne gwiazdy, wydając majątek na ich płyty czy koncerty, ale to właśnie spotkania z muzykami, którym kibicujemy nawet, jeśli nikt oprócz nas jeszcze o nich nie słyszał, zostawiają największy ślad w naszych sercach i wspomnieniach. Nic nie cieszy tak bardzo, jak podziwianie ich sukcesów.

    Takim zespołem już od paru lat są dla mnie flor (wokalista Zach Grace, gitarzysta McKinley Kitts, basista / producent Dylan Bauld oraz perkusista Kyle Hill). Ich muzykę poznałam dzięki przyjaciółce niedługo po tym, jak ukazał się ich pierwszy studyjny album come out, you’re hiding, pełen indie-popowych, optymistycznych, rozmarzonych dźwięków. Flor podpisali wówczas kontrakt z popularną wytwórnią Fueled by Ramen – można się było spodziewać, że ich kariera dopiero nabierze tempa. Ich wizyta w Warszawie w roli supportu Walk The Moon w marcu zeszłego roku była niesamowicie przyjemną niespodzianką. Okazało się też, że członkowie zespołu to bardzo mili, otwarci ludzie, oddani swojej muzyce i nastawieni na nawiązywanie kontaktów z fanami.

    Od tamtej pory flor ciężko pracowali – mają za sobą kilka tras koncertowych, występy na festiwalach, nagrywanie nowego albumu (który na razie otacza aura tajemnicy) oraz wydanie dwóch singli. Ich najnowsza europejska trasa zahaczyła o Warszawę, gdzie zespół wystąpił w klimatycznym, małym klubie Hydrozagadka. Jako support wystąpiła wokalistka Laura Godziejewska, podopieczna projektu My Name Is New.

    Członkowie zespołu flor pojawili się na scenie o godzinie 21:00. Klub nie był może wypełniony po brzegi, ale widownia nadrabiała entuzjazmem. Na scenę szybko trafiła polska flaga z logo zespołu i cytatem z jednego z nowych utworów, którą Zach Grace przez kilka piosenek miał oplecioną wokół szyi. Koncert rozpoczął się od jednego ze świeżutkich singli: slow motion. Było to spokojne, relaksujące wprowadzenie w klimat koncertu. Zespół świetnie przeplatał wolniejsze utwory (back again, unsaid) z bardziej energicznymi, zachęcającymi do tańca (overbehind, where do you go, restless soul).

    Nie zabrakło najpopularniejszych utworów zespołu, w zaśpiewaniu których bardzo pomogła publiczność: heart oraz hold on. Drugi spośród nowo wydanych singli, dancing around (który zawiera aż trzy gitarowe solówki!), także doczekał się swojej chwili w świetle reflektorów. Zespół skutecznie zachęcił publiczność do tańca.

    Najbardziej tanecznym utworem było jednak get behind this, dla mnie będące muzycznym odpowiednikiem endorfin – przyjemne zaskoczenie, ponieważ nie widziałam tego utworu na setlistach z poprzednich koncertów. Muzycy z radością patrzyli, jak fani dają się ponieść radosnym dźwiękom. Do zamknięcia koncertu wybrany został z kolei utwór warm blood.

    To, jak flor wypadają podczas występów na żywo, ciężko jest podsumować – ich utwory stają się oczywiście nieco głośniejsze i z dream-popowych kompozycji zmieniają się w indie-rockowe, ale to nie ten fakt jest esencją ich koncertów. Moim zdaniem magia powstaje na poziomie chemii pomiędzy muzykami, której flor posiadają aż w nadmiarze. W scenicznych pogaduchach przodują wokalista Zach oraz gitarzysta McKinley, wspierani przez basistę Dylana. Rozmowy z publicznością nie są zarezerwowane na wyjątkowe momenty – mają miejsce po każdym utworze i są integralnym elementem występów, dzięki czemu widzowie mogą poczuć, że czynnie uczestniczą w koncercie, a nie tylko biernie go obserwują. Duży udział w budowaniu atmosfery ma również oświetlenie, najczęściej oscylujące w estetycznych odcieniach błękitu, fioletu i różu. Nie sposób nie wspomnieć o bajkowym, intrygującym wokalu Zacha oraz bezbłędnej władzy nad instrumentami pozostałych muzyków.

    Po koncercie artyści cierpliwie pozowali do zdjęć z fanami, podpisywali plakaty i bilety i poświęcali każdemu przynajmniej chwilę czasu i uwagi. Rozmowy z flor zawsze są niewymuszone, naturalne i zwyczajnie, po ludzku sympatyczne – w muzykach nie ma ani śladu wyższości, zniecierpliwienia czy zblazowania. Od razu widać, jak wielkie znaczenie ma dla nich budowanie relacji z fanami, nawet w tak dalekim (z ich perspektywy) zakątku świata, jak Polska. Reakcje, które wzbudzili podczas swojego warszawskiego koncertu i nowi słuchacze, których na pewno zdobyli, niezwykle mnie cieszą. Mam nadzieję, że to dopiero początek ich drogi do popularności, na którą zasługują jak nikt inny.

    Jeśli jeszcze nie znacie flor – na co czekacie?

    flor Setlist Klub Hydrozagadka, Warsaw, Poland 2019

    Izabela Zadura
    Izabela Zadura
    Poszukiwaczka wartościowych tekstów, propagatorka pop-punku, bywalczyni licznych koncertów.

    Ostatnio opublikowane