Ólafur Arnalds razem z zespołem i dwoma samogrającymi fortepianami przyjechał do Sali Ziemi w Poznaniu, by promować płytę re:member. Mnóstwo refleksji, śmiechu i wzruszeń – tak w skrócie mogę opisać jego występ. Było cudownie!
Na wstępie pragnę tylko zaznaczyć, że czytacie relację z punktu widzenia osoby, która ma tylko podstawową wiedzę na temat muzyki klasycznej. Co więcej, to był mój pierwszy taki koncert, no ale od czegoś trzeba zacząć, prawda? A nie wyobrażam sobie lepszego początku przygody, niż od koncertu Ólafura oraz preludium hani rani!
Twórczość Hanny Raniszewskiej kojarzyć możecie z projektu tęskno – duetu, który słusznie został nominowany do Fryderyka i jest odpowiedzialny za jedną z najlepszych polskich płyt w 2018 roku.Tym razem hania rani występowała sama. Skromna dziewczyna zawładnęła sceną na kilkadziesiąt minut i po raz pierwszy tego wieczoru doprowadziła mnie do wzruszenia przy przepięknym utworze Glass. Cieszę się, że to właśnie jej występ był moim pierwszym zetknięciem z fortepianem na taką skalę. Od tego wieczoru kibicuje jej jeszcze bardziej i nie mogę się doczekać 5 kwietnia i premiery jej debiutanckiego albumu!
Jedynym minusem w jej występie byli niestety spóźnialscy, którzy z włączonymi latarkami szukali swoich miejsc w ciemnościach. Moim zdaniem drzwi na support również powinny być otwierane tylko w przerwach między utworami.
Po występie hani przyszedł czas na danie główne. Na scenie pojawił się Ólafur wraz z zespołem, który składał się z kwartetu smyczkowego i perkusisty. Oprócz tego na scenie towarzyszyły mu dwa samogrające fortepiany, którymi artysta steruje podczas koncertu.
Po odegraniu pierwszych utworów przyszedł czas na przywitanie się Ólafura z widownią zgromadzoną w Sali Ziemi. Jestem przekonany, że jeśli na sali był ktoś, kto nie kojarzył stylu wypowiedzi Islandczyka z poprzednich koncertów lub nagrań w sieci, został jego fanem od pierwszych słów. Naprawdę. Arnalds jest najskromniejszym i najbardziej nieśmiałym showmanem jakiego znam. Dziesiątki żartów, anegdot i ciekawych historii. Przez cały koncert czekałem aż ponownie sięgnie po mikrofon, bardziej niż na moje ulubione kawałki.
Jeszcze podczas pierwszej przemowy artysta poprosił nas o zaśpiewanie jednego dźwięku, który został zarejestrowany i wykorzystany jako podkład do kolejnej kompozycji. Tym samym Islandczyk po raz pierwszy przypomniał widowni o jego drugiej, elektronicznej stronie. Członek duetu Kiasmos jak nikt inny potrafi elektronikę z klasyką, co udowadniał podczas koncertu w Poznaniu kilka razy, między innymi podczas odegrania jeden po drugim utworów ypsilon oraz undir.
Artysta w towarzystwie perkusisty oraz kwartetu smyczkowego zabrali nas w piękną podróż na Islandię. Między kompozycjami z ostatniej płyty re:member, którą promowali podczas tej trasy, pojawiały się starsze utwory Ólafura, w tym kompozycję z Island Songs, a nawet utwór 3326, które pochodzi z jego pierwszego albumu Eulogy for Evolution z 2007 roku.
Utworem szczególnym, który wybrzmiał w Sali Ziemi, był oczywiście utwór zatytułowany Poland. Jego wykonanie poprzedzała zabawna historia związana właśnie z tą kompozycją. Okazuje się, że została napisana w Poznaniu, po upojnej nocy spędzonej w tour busie, podczas której cały zespół nie mógł spać przez stan polskich dróg i zdecydował się na sięgnięcie po Żołądkową Gorzką. Anegdotę Ólafur zakończył żartem, że smutne piosenki wcale nie muszą powstawać przez złamane serce, bo jest naprawdę wiele rodzajów smutku.
Przez cały koncert muzyce Islandczyka i jego zespołu towarzyszyła genialna oprawa świetlna. GE-NIAL-NA! Tak jak zawsze uwielbiam odbierać muzykę z zamkniętymi oczami, tak wieczór w Poznaniu spędziłem wpatrując się z zachwytem w scenę. Gra świateł była dopięta na ostatni guzik. Każdy dźwięk miał swoje odzwierciedlenie w świetle, wszystko ze sobą współgrało. Ogromne brawa dla każdego, kto był odpowiedzialny za produkcję tego show!
Po półtorej godziny magicznego koncertu przyszedł czas na pierwsze zejście artystów ze sceny. Do tej pory było idealnie. Po kilkuminutowych owacjach na stojąco Islandczyk, tym razem już sam, powrócił na scenę, by zaprezentować nam ostatni utwór. Przed wykonaniem Lag fyrir ömmu opowiedział nam o genezie tej kompozycji. Napisał ją w dniu śmierci jego babci. Osoby, dzięki której Ólafur w ogóle gra na pianinie. Swoim wstępem wzruszył dziesiątki osób, zbudował napięcie. Niezwykle ważny i smutny utwór wymagał kompletnej ciszy… Ta jednak została zakłócona przez basy przebijające się z piętra niżej, w której odbywała się jakaś firmowa impreza. W jednym momencie odbiór całej kompozycji został zakłócony, a wszystkie życiowe refleksje (a było ich wiele – w końcu słuchaliśmy utworu, który pokazuje co gra w duszy artysty po śmierci bliskiego) zamieniły się w mentlik w głowie, próby skupienia się na odgłosach fortepianu, a nie basu.
Wielka szkoda. Szczególnie, że problem ten wystąpił tylko na sam koniec. Jestem więc pewien, że organizatorzy mogli w jakiś sposób zsynchronizować obie imprezy.
Pomimo tego koncert Ólafura i tak należy do jednego z najpiękniejszych w moim życiu. Islandczyk kupił mnie wszystkim. Swoją osobowością, tym jak łączy elektronikę z muzyką poważną, produkcją koncertu. Jestem wdzięczny zarówno mu, jak i hani rani, za wywołanie we mnie tylu emocji!
