Ostatnie lata są wyjątkowo korzystne dla polskiej elektroniki. Nasi artyści tworzą ambitny materiał na światowym poziomie, zyskując coraz większe uznanie odbiorców, nie tylko w kraju. Zastanawiało mnie zatem, co przyniesie kolejny rok – odpowiedzią jest Bez Cukru, nowa płyta, którą wita 2019 rok Novika.
Muzyka Noviki zawsze z jakiegoś kierunku do mnie docierała, chociaż przyznam się szczerze, że dopiero nadchodząca premiera dlugooczekiwanego krążka zachęciła mnie do odświeżenia sobie jej twórczości. Wydana w 2013, ostatnia płyta Heart Times trafiła na półki w okresie mojej głębokiej antypatii wobec polskich nagrań wszelkiego gatunku, cieszę się zatem, że doskonała kondycja polskiej sceny, a w rezultacie i mój zwrot ku rodzimym wykonawcom, pozwolił mi odkryć tę twórczość.Trzeba jednak mieć na uwadze, że to muzyka bardzo niszowa, zbliżona do stylistyki takich twórców jak Bjork czy Jamiroquai, a przez to nie zawsze łatwa w odbiorze przy pierwszym kontakcie. Tytuł najnowszej płyty, Bez Cukru, pasuje jak ulał – brzmienie Noviki ma w sobie sporo surowości i pazura, nie uświadczymy ferii kiczowatych filtrów, montaży czy nadmiaru efektów specjalnych. To muzyka przygaszonych kolorów, skierowana bardzo bezpośrednio w odbiorcę, z wokalem postawionym wyraźnie na czele. Artystka zasłynęła udanym połączeniem elektroniki z transowością i chilloutem – melduję, że na tym gruncie nic się nie zmieniło. Jak zatem wypada nowy materiał?
Bardzo nierówno. Mamy tutaj zarówno kawałki naprawdę wysokich lotów, jak chociażby Od Dziecka, czy Sorro, jak i kompozycje, które niepokojąco przypominają wersje demo (Unsafe, Friends in Need). Nie mogłem nie powstrzymać się od porównywania Noviki do Reni Jusis, której twórczość śledzę pilnie od jej spektakularnego powrotu w 2016 roku. Jusis podobnie nie należy do ścisłego mainstreamu i nie posiada budżetu i zaplecza marketingowego pokroju Natalii Nykiel czy The Dumplings, mimo wszystko wszelkie braki jest w stanie zgrabnie nadrobić kontrolowanym kiczem i dobrą zabawą. Obie panie na rynku muzycznym funkcjonują od dawna, każda z nich reprezentuje odmienny obszar elektroniki, odbiorcy stali się jednak równie wymagający.
Bo chociaż każda piosenka jest inna, ma w sobie coś indywidualnego, czerpiącego z bardzo różnorodnych gatunków, to żadna z nich nie pozostała ze mną na dłużej. Brzmią bez wątpienia jak Novika, nie brakuje im transowości i medytacyjności, jak i naprawdę ambitnego przesłania, ale doskwiera brak wspólnego mianownika, fabuły pomiędzy utworami. Doceniam różnorodność – mamy hipnotyzujący, mantrowy wręcz kawałek Lekko, zaraz potem figlarne, pogodne Słabości (duet z Buslavem, zdecydowanie mocniejszy punkt na płycie), czy ciemniejszą, hip-hopową Parę, również błyszczącą na krążku. Lecz różnorodnie jest też w kwestii reprezentowanego przez piosenki poziomu – a są wśród nich niestety takie, które po prostu brzmią zbyt przeciętnie, jak na doświadczoną, utytułowaną artystkę.
Być może to kwestia indywidualna i moje „odbicie się” od płyty Bez Cukru to kwestia tymczasowa – bez wątpienia do albumu powrócę, gdyż jestem ciekaw jak go odbiorę za jakiś czas. To wciąż kawał solidnej, bardzo osobistej elektroniki, której na rynku jest mało, a Novika od lat godnie ją reprezentuje. Absolutnie nie chciałbym, aby artystka poszła w klubową komerchę, gdyż jej indywidualny styl miał olbrzymi wkład w rozwój polskiej sceny (sporo Noviki słyszę chociażby u Natalii Nykiel), a zarazem wiele wspaniałych momentów z rodzimego, muzycznego podwórka miało swój początek właśnie w alternatywie. Po sześciu latach oczekiwałem jednak diamentu, chciałem być porwany w muzyczny trans, zbyt wiele zgrzytów nie pozwoliło mi jednak wyczilować się tak, jakbym tego potrzebował.
