Długo wyczekiwane koncerty dawnego lidera Pink Floyd, Rogera Watersa, już za nami. W Internecie od kilku dni trwa burza, a opinie są bardzo podzielone. Brytyjski muzyk znany z dużego zaangażowania w politykę, nie oszczędził jej również Polakom. A doskonale wiemy, że tam gdzie polityka, zgody być nie może. Cóż, ja pisząc o Watersie zamiast na polityce, skupię się na muzyce.

Nie ukrywam, że od wielu lat uwielbiam twórczość zespołu Pink Floyd. Nic dziwnego więc, że występ Rogera Watersa w Polsce był jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie koncertów tego roku i niecierpliwe odliczałam dni do 3 sierpnia. To przecież on – Roger Waters – był głównym kompozytorem, twórcą tekstów i liderem grupy, gdy powstawały takie dzieła sztuki jak Dark Side Of The Moon, Wish You Were Here, Animals czy The Wall. Mimo że trasa koncertowa miała między innymi promować wydany w zeszłym roku album Is This The Life We Really Want?, to oczywiście floyd’owe perły stanowiły integralną część show.
Zaczęło się od wspaniałości z Dark Side Of The Moon. Tauron Arena robzrzmiała znanym każdemu fanowi stukotem, który przeszedł w cudowne Breathe. Niedługo później usłyszeliśmy tykanie zegara, a wraz z nim kawałek Time. Moim zdaniem tekst tego utworu to jedno z najlepszych dzieł Watersa. Nie zabrakło również The Great Gig In The Sky. Nie zabrakło również rdzenia longplay’a Wish You Where Here, Waters umieścił w setliście przepiękną, tytułową balladę i ciekawy instrumentalnie pełen głębszego przesłania, kawałek Welcome To The Machine. No, ale który z tych utworów go nie ma? Nie zabrakło również kawałków z mojego ulubionego The Wall. Niestety nie usłyszeliśmy Another Brick In The Wall p. I, ale oczywiście nie mogło zabraknąć II i III części. Waters zdobył się na piękny gest i zaprosił do wspólnego wykonania piosenki polskie dzieci z Akademii Przyszłości. Świetnie im wyszło, dzieciaki dały z siebie wszystko.
Potem nastąpiła 20-minutowa przerwa i to właśnie podczas tej przerwy Roger postanowił dać upust swoim poglądom politycznym i temu, co niepokoi go w otaczającym nas świecie. Wszystko, co chciał przekazać swoim słuchaczom wyświetlało się na ekranie. Cóż, można się z nim zgadzać bądź nie, ale wiedząc na czyj koncert się wybieramy mogliśmy się tego spodziewać.
Po przerwie, nad widownię zsunęły się gigantyczne ekrany i kominy, przedstawiające londyńską elektrownię Battersa, motyw doskonale znany każdemu fanowi z okładki albumu Animals. Druga część show rozpoczęła się od utworu Dogs, który płynnie przeszedł w kawałek Pigs. Wtedy słuchacze raptownie odwrócili się, by podziwiać kolejny spektakularny efekt specjalny. Nad widownią ukazała się ogromna, lecąca świnia – to kolejny motyw, który pamiętamy z okładki wspomnianego już wydawnictwa. Tu również nie obyło się bez dodatkowego przesłania, na balonie umieszczono napis ,,Pozostań człowiekiem”. Wszyscy artyści ubrali maski świń, a Roger wziął w dłonie transparent głoszący, że ,,Świnie rządzą światem”. Gdy minęły zwierzęce utwory, dostaliśmy dokładkę kawałków z Dark Side Of The Moon. Było Money oraz tytułowy utwór trasy, Us+Them. Nad głowami fanów pojawił się rozświetlony ostrosłup, który niedługo później wypełnił się kolorami niczym pryzmat ze znanej każdemu, kultowej już okładki. Nad salą koncertową znów znalazł się gigantyczny balon, tym razem była to wielka kula, symbolizująca księżyc. Tę część show zakończyły niezapomniane Brain Damage połączone z Eclipse. Nie obyło się bez długich braw, jakimi obdarowali Watersa widzowie. Gdy już skończyliśmy bić brawo, szczęśliwy Waters zdecydował się na kilka słów. Podkreślił, że swoim zaangażowaniem w wydarzenia na świecie chce zapewnić swoim i naszym wnukom dobry świat i byt. Utworami zamykającymi okazały się wzruszające Mother i legendarne Comfortably Numb. Scenę ponownie rozświetliły trójwymiarowe światła.
Było pięknie. Nie sądzę, bym kiedykolwiek zapomniała ten koncert. Ogromne wrażenie wywarły na mnie oczywiście efekty specjalne, ale przede wszystkim nie zapomnę poruszającej muzyki. Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że kompozycje Rogera Watersa to wielkie, ponadczasowe dzieła. Lider nie tylko śpiewał, ale przede wsszystkim grał oczywiście na swoim ulubionym basie, a wokalnie wspomagał go Dave Kilminister. Każdy z wykonanych utworów niósł w w sobie głębię i wielowarstwowe, ale łatwe w interpretacji, mądre przesłanie. Zgodzę się, że polityki było dużo, być może zbyt dużo i może to psuć wrażenia widzom. W końcu idziemy odpocząć i posłuchać muzyki, prawda? Jednak nie zapominajmy na czyj koncert idziemy. Roger Waters jest twórcą bezkompromisowym, takim, który odważnie sięga po kontrowersję, by wzmocnić swój głos. Jeśli obecnie to właśnie polityka jest tym, co napędza Watersa do dalszego grania – niech robi to dalej. Nie mogę doczekać się kolejnego koncertu.


