Kiedy rok temu opuszczałam czeską Ostrawę, wiedziałam już, że na festiwalu Colours of Ostrava bardzo chętnie pojawię się ponownie. Wspaniała atmosfera, świetni ludzie (serio, zachowania na takich wydarzeniach możemy się od Czechów tylko uczyć) a przede wszystkim różnorodna muzyka z każdego zakątka globu. W 2018 odwiedziłam naszych południowych sąsiadów ponownie. Które koncerty tej edycji festiwalu najmilej wspominam?
Pierwszego dnia (dosłownie) błyszczała Beth Ditto – wokalistka znana z grupy Gossip, która w ubiegłym roku wydała pierwszy album pod własnym nazwiskiem, Fake Sugar. Przyznam szczerze, że twórczość zarówno formacji, jak i jej solowa mało mnie interesowała. Przesłuchując jednak pojedyncze nagrania amerykańskiej artystki stwierdziłam, że są po prostu… cool. Lekko może kiczowate, ale niezwykle przebojowe i dalekie od popowych banałów. Choć, rzecz jasna, na tym gatunku mocno oparte. Beth pożycza jednak sporo disco, indie rocka czy nawet klimatów synth. Taka mieszanka (na koncertach dawkowana w postaci takich nagrań jak Fire, In and Out czy We Could Run) zaowocowała dynamicznym widowiskiem. To wszystko byłoby jednak niczym, gdyby nie sama gwiazda, która jest osobą niezwykle słodką (fake sugar?), uroczą, ale i charakterną oraz skorą do żartów. A przede wszystkim obdarzoną niesamowitym głosem, którym dowodzi z niezwykłą łatwością.
Ze wszystkich wykonawców tegorocznego line upu Colours of Ostrava najdłużej towarzyszy mi muzyka Joss Stone. Brytyjska soulowa wokalistka (aczkolwiek w swojej karierze sięgała także po r&b, reggae czy nawet blues rocka) w ucho wpadła mi z osiem lat temu. Obecnie artystka zjeżdża cały świat docierając nawet do najmniejszych i najbardziej oddalonych od Wielkiej Brytanii państw. 20 lipca zawitała jednak do Czech, dając naprawdę niesamowity występ. Najbardziej w oczy rzucało się zaangażowanie Stone w każdą sekundę koncertu. Czuć było, że nie czuje znużenia występowaniem, choć robi to nieprzerwanie od wielu lat. Na festiwalu zabrała nas w podróż po różnych etapach swojej kariery, przypominając nie tylko świetnie przez siebie zaadaptowane covery (m.in. I Put a Spell on You, Wildflowers, Super Duper Lover, (For God’s Sake) Give More Power to the People), ale i autorskie utwory z bujającym reggae postaci Love Me; poruszającym, gitarowym Landlord oraz urokliwym Music na czele.
Po koncercie Joss Stone byłam pewna, że nie pojawi się na tym festiwalu wokalistka, która wokalnie może jej dorównać. Tymczasem rzuconą rękawicę jeszcze tego samego dnia podniosła Jessie J – brytyjska wokalistka, która lata świetności (czyt. popularności) ma już za sobą, ale dopiero w tym roku wydała album, którego naprawdę chce się słuchać (R.O.S.E.). Można narzekać na jakość wielu jej kompozycji, ale talentu odmówić jej nie można. Ja sama nawet nie zdawałam sobie wcześniej sprawy, jak rewelacyjną wokalistką jest Jessie J. A do tego, co miło mnie zaskoczyło, bardzo ciepłą, serdeczną osobą, której sława nic nie zmieniła. Nie przypominam sobie koncertu, podczas którego gwiazda tak bardzo bratać się chciała z publicznością. Jessie J widziała tymczasem coś więcej niż czubek własnego nosa, chętnie pytając niektórych fanów o imiona i żywo reagując na ich zaczepki. A co ze sobą przywiozła? Największymi uczuciami artystka wciąż zdaje się darzyć album Who You Are, przypominając z niego m.in. ostrzejszą wersję Do It Like a Dude, moje ulubione Mama Knows Best, przyjęte wielkimi brawami Domino oraz okraszone emocjonalną przemową Nobody’s Perfect. Z pozostałych wydawnictw wybrzmiały m.in. Bang Bang, Masterpiece, Queen i Flashlight.
Zupełnie inny charakter miał koncert Grace Jones. Tej pani przedstawiać nikomu nie trzeba – legendarna wokalistka (wcześniej modelka) nie wydała płyty od dziesięciu lat, ale wciąż z powodzeniem ciągnie ten sam spektakl. Właśnie to słowo najlepiej oddaje klimat jej występu. Występu, co na początku trzeba zaznaczyć, dopracowanego w każdym detalu. To nie tylko zgrany zespół i wciąż powalająca mocnym głosem Jones. To także przebieranki i teatralne gesty. Nie przypominam sobie koncertu, podczas którego artysta miał do każdej kompozycji przygotowany nowy kostium. Grace jak zwykle postawiła na szokowanie, wybierając kreacje, o których niejedna osoba powiedziałaby, że siedemdziesięciolatce nie przystają. Wokalistka wzbudza jednak zachwyt formą. Najbardziej do gustu przypadły mi jej dwa outfity – błyszcząca, choć mroczna suknia z I’ve Seen That Face Before (Libertango) oraz kapelusz, który, gdy padało na niego światło, zmieniał się w dyskotekową kulę. Częste zmienianie strojów wpłynęło jednak na to, iż Jones wykonała zaledwie dziewięć piosenek. Ta liczba jednak wystarczyła, by każdy zdał sobie sprawę, jak różnorodna jest dyskografia gwiazdy. Mieliśmy bowiem do czynienia a to z reggae (My Jamaican Guy), a to muzyką kościelną (jak określiła to sama zainteresowana przy Amazing Grace, przechadzając się obok… rury do tańca) czy nawet rockiem (Love Is a Drug). Show zamknęło rozciągnięte nagranie Pull Up to the Bumper, podczas którego Grace wskoczyła ochroniarzowi na plecy, przybijała piątki z publicznością a na zgromadzoną widownię posypało się złote konfetti. Przyznam szczerze, że koncert Amerykanki sprawił, że ponownie obudziła się moja chęć zagłębienia się w jej dyskografię. Na koncert także raz jeszcze bym się przeszła. Gwarancja niezapomnianych wrażeń.
Tegoroczna edycja Colours of Ostrava była dla mnie okazją do ponownego spotkania z paroma wykonawcami. Przede wszystkim ucieszyła mnie obecność jednego z moich ulubionych wokalistów młodego pokolenia – George’a Ezry. Kilka miesięcy temu, po czterech latach, jakie minęły od ukazania się Wanted on Voyage, w sprzedaży pojawił się jego drugi album Staying at Tamara’s. Artystę ostatnio widziałam na Open’erze, ale odniosłam wrażenie, że przez ostatni rok jeszcze bardziej dojrzał. Zaprezentowany na żywo materiał niemalże po równo podzielił między dwie płyty, przypominając z debiutu m.in. Listen to the Man, Barcelonę i Budapest, z a nowego krążka wykonując m.in. Shotgun, Don’t Matter Now i Pretty Shining People. Cały występ wzbogacił kilkoma krótkimi opowiadaniami ze swoich podróży, które zainspirowały go do napisania wielu kompozycji.

