Od dłuższego czasu jestem zdania, że polska scena alternatywna stoi na naprawdę wysokim poziomie. Co chwila na potwierdzenie tej tezy dostajemy dowody w postaci nowych albumów artystów zarówno już znanych, jak i tych początkujących. Duet FFRANCIS działa już pewien czas, mnie zainteresował przy premierze najnowszego longplaya, jednak dopiero niedawno zapoznałam się bliżej z wydanym w kwietniu Off The Grid. Pojawia się pytanie, czy ów album będzie kolejnym dowodem na słuszność pierwszego zdania. Uwaga, spoiler – będzie.

W skład FFRANCIS wchodzą Misia Furtak, znana z dokonań solowych i dokonań grupy Tres.B, oraz Piotr Kaliński, znany z działalności zespołu Hatti Vatti. W duecie tworzą coś zupełnie innego niż w ramach poprzednich projektów. FFRANCIS i ich Off The Grid to mroczna strona elektroniki, pełna przestrzeni, charakterystycznego nastroju i tajemniczości. Można by stwierdzić, że ale to już było, jednak nie zmienia to faktu, że FFRANCIS są wyjątkowi w tym, co robią.
Zdecydowanym wyróżnikiem twórczości duetu jest wokal. Misia Furtak może poszczycić się intrygującą barwą głosu – jest niska, głęboka i enigmatyczna, dzięki temu piękna i elegancka. Gdyby nie ten zjawiskowy głos, te świetne same w sobie brzmienia nie zrobiłyby na mnie takiego wrażenia. A tak oba pierwiastki harmonijnie łączą się ze sobą, tworzą spójną całość; taką całość, do której chętnie chce się wracać.
Na Off The Grid znajdziemy trzynaście utworów, z czego dwa interludy – rozpoczynające płytę, narastające Starring Kyle MacLachlan oraz kosmiczne August in June. Po kilkukrotnym przesłuchaniu płyty zauważyłam, że najbardziej wyrazistymi kawałkami zdają się te krańcowe. Środkowe nieco się zacierają, choć niezmiennie brzmią dobrze, jednak największe wow robią numery początkowe i końcowe. Spokojne, podszyte brzdąkającym basem Lekarstwo, snujące się powoli, z lekka niebezpieczne Zazdrość czy nieoczywiste, wywołujące poczucie nieuporządkowania i przypadkowości Off The Grid nie pozwalają przejść obok siebie obojętnie. Podobnie jest z nieśmiało rwącym się do tańca Something Meaningful, z pulsującym, rytmicznym Less or Everything czy z przestronnym It Is Not, w którym świdrujący, niepokojący głos jest powodem dreszczy. Należy wspomnieć także o Remove, które raczej nie wybijałoby się na tle pozostałych utworów, gdyby nie trochę psychodeliczna końcówka, która świetnie nadałaby się jako soundtrack jakiegoś dreszczowca. Piosenki te odznaczają się mrokiem, zaniepokojeniem i brzmią lepiej wieczorem niż za dnia; w towarzystwie nocy tylko przybierają na sile. Jestem miłośniczką takich klimatów, nic zatem dziwnego, że nie potrafię oderwać się od tych nagrań.
Pomimo że Off The Grid słucha się bardzo dobrze, są chwile, kiedy odczuwam lekkie znudzenie i mam ochotę przeskoczyć piosenkę. Dzieje się tak przy środkowej partii płyty, o czym już wspominałam wyżej. Kompozycje mające tam swoje miejsce są w gruncie rzeczy poprawne i trzymają poziom, niemniej nie wywołują we mnie większych emocji. Trochę szkoda, ale sytuację wynagradza reszta numerów, które zostaną ze mną na dłużej.
FFRANCIS to następni artyści, na których trzeba mieć oko. Wykreowali znakomity krążek, wysoko stawiając sobie poprzeczkę już na samym początku. Jeszcze za wcześnie na gdybanie i zastanawianie się, czy przy kolejnej próbie uda im się tę poprzeczkę przeskoczyć – teraz należy delektować się Off The Grid, płytą niezwykle klimatyczną i nieoczywistą, niepozbawioną wad co prawda, ale zdecydowanie godną uwagi.
