Jonathan Davis – Black Labyrinth (2018), recenzja Dominiki Mrówczyńskiej

Dwa lata minęły od wydania ostatniego albumu grupy KoRn, zatytułowanego The Serenity of Suffering. Zespół co prawda powrócił przy nim do korzeni, jednak czekaliśmy również na coś intrygującego. Teraz w nagrodę dostajemy, nie tyle nowy krążek zespołu, co długo wyczekiwany solowy debiut Jonathana Davisa. Przesłuchując płytę dochodzimy do jednego wniosku – po co Davisowi właściwie zespół KoRn, jeśli pod własnym nazwiskiem wydaje jedną z najlepszych płyt. 

Fakt, że fizycznie nie jest to pierwszy autorski album wokalisty. W 2002 roku ukazał się soundtrack do Królowej Potępionychjednak nie był on w pełni solowym autorem. Wtedy dużą rolę w nagraniach nie odegrał sam Davis, a produkcja, która narzucała sporą część działań. Przy Black Labyrinth spotykamy się już z w pełni z twórczością Jonathana.

Znalezione obrazy dla zapytania Jonathan Davis - Black Labyrinth (2018)

Na płytę składa się 12 kompozycji, które pochłaniają nas do czterech różnych światów. Pierwszym z nich jest twórczość przypominająca to, co znamy z dokonań grupy KoRn. Tutaj można przede wszystkim wyróżnić takie utwory jak Everyone. Kompozycja rozpoczyna się bez żadnego wstępu. Od razu wpadamy w wir mocnego, acz typowego, nu-metalowego uderzenia wiosła i wokalu. Rozpędzony muzyczny rollercoaster trwa niespełna 3 minuty i zwalnia tylko na kilka sekund, wyciszając szybki gitarowy riff. Zaraz potem pojawia się Happiness, które tylko z początku wydaje się być spokojną melodią. Za chwilę słyszymy wyraźną, pierwszoplanową i wpadającą w ucho gitarę, uzupełnioną oczywiście o zachrypniętego Davisa. Drugą częścią Black Labyrinth są utwory, które idealnie nadają się do radia, ale tym samym nie zdradzają całej tajemnicy płynącej z krążka. Do tej grupy zaliczymy singlowe What It Is, a także otwierające płytę Underneath My Skin. Co ciekawe pierwsze dźwięki jakie słyszymy, wprawiają nas w zagubienie, gdyż są nazbyt melodyjne jak na twórczość, z której znamy Davisa. Obok postawimy jeszcze proste w budowie Your God, a także Walk on By.

Jednak jest też część płyty, do której warto przysiąść na dłużej. Mowa o delikatnie egzotycznych i industrialnych brzmieniach Black Labyrinth. Przykładem może być utwór Final Days, który sam Jonathan uważa, za najlepszy na całym krążku. Od początku możemy wsłuchać się w niemal plemienne brzmienie, które utrzymane jest w dość nienachalnym tonie. The Secret jest natomiast wpadającą w industrial, melodyjną kompozycją. Obok stanie także What You Believe, gdzie egzotyczne brzmienie przeplata się z nu-metalowymi dźwiękami. Trzeba przyznać, że to połączenie jest niezwykle udane. Na sam koniec trzeba wspomnieć o takich utworach jak Medicate, Gender oraz Please Tell Me, jakie zdradzają nam kolejne orientalne obrazy utworzone przez Davisa. Nie można jednak pominąć największej perełki krążka, czyli Basic Needs. Ponad sześciominutowy utwór najlepiej ukazuje różnorodność, w jakiej potrafi odnaleźć się artysta. Znajdziemy tam elementy industrialu, elektro, egzotyki, czy nawet czystej melodyjności.

Wniosek z tego jest jeden. Jonathan Davis bardzo dobrze poradził sobie tworząc swój autorski album. Udowodnił tylko, że potrafi poruszać się po na prawdę wielu płaszczyznach muzycznych. Album zawiera dosłownie wszystko, czego można by od niego wymagać. Elementy nu-metalu obecne w twórczości Davisa od dawna, melodyjność z którą wokalnie niezwykle dobrze sobie radzi, a także elementy zaskoczenia w postaci tych nietypowych plemiennych dźwięków. Jednocześnie, moim zdaniem – stworzył jeden z najlepszych i co ważne, intrygujących, albumów tego roku. Szkoda tylko, że jest o nim tak cicho.

 

 

 

oceny

autor recenzji

Sprawdź nasze inne

Recenzje