
Z okładki swojej nowej płyty zerka gdzieś w dal – w stronę natury, przeszłości, ale również tego, co dobre. Taki też jest jej najnowszy album – feerią barw, emocji, kalejdoskopem zdarzeń i myśli. Za tym wszystkim stoi dziewczyna w kapeluszu, Anita Lipnicka.
Katarzyna Turowicz: Twoja najnowsza płyta „Miód i dym” w pewnej mierze nawołuje do ucieczki od cywilizacji, poszukiwania spokoju wewnętrznego i tego na zewnątrz. Skąd w Tobie potrzeba odwrotu?
Anita Lipnicka: Od dziecka uwielbiałam być w przyrodzie. Kontakt z nią dawał mi poczucie wewnętrznego spokoju, swobody, wolności. Każde wakacje spędzałam z rodzicami i bratem nad jeziorem pod namiotami. Te nasze wyjazdy „na dziko” trwały aż do mojego dorosłego życia. Byłam wtedy już znaną Anitą Lipnicką, mogącą sobie pozwolić na inny, bardziej luksusowy rodzaj wypoczynku. Jednak żaden pięciogwiazdkowy hotel nie może się równać ze spaniem w śpiworze pod gwiazdami, zaczynaniem dnia od chłodnej kąpieli w jeziorze, i kończeniem go przy ognisku. Teraz bardzo za tym tęsknię. I ta tęsknota odbija się echem na tej płycie.
KT: W tej ucieczce od zgiełku wydajesz się być sama – jesteś typem samotniczki, indywidualistki?
Anita Lipnicka: Czy ja wiem? Sama? Uciekam zawsze w towarzystwie bliskich, albo zespołu! Choć faktycznie te momentu bycia sam na sam z potęgą natury, chwile spędzone w samotności na łonie przyrody, nasyconej zapachami i odgłosami życia, mogą nieść bardzo intensywne, czasem transcendentalne doznania. Przynosić poczucie pełni, jakiejś jedności z otaczającym cię światem.
KT: O tym bliższym spotkaniu z naturą tylko marzysz na płycie, czy te marzenia realizujesz w rzeczywistości?
Anita Lipnicka: Realizuję je jak tylko mogę. Choć mieszkam w centrum Warszawy, staram się z niej uciekać w momentach przeciążenia. Mam też domek z drewna w lesie, 60 km od miasta, blisko rzeki. Tam jest mój azyl i miejsce na reset.
KT: „Czy pamiętasz jeszcze mnie, dziewczynę z rzeką w tle” – śpiewasz w „Ptaśku”. Czy symbolika związana z naturą, przyrodą jest Ci bliska? Łatwiej jest Ci przekazać dzięki temu pewne treści?
Anita Lipnicka: Tak się składa, że motyw rzeki przewija się często w moich piosenkach. Rzeka jest dla mnie metaforą życia – płynie tylko w jednym kierunku, jest zmienna, nieprzewidywalna. W zależności pory roku, warunków atmosferycznych, jej wody przybierają, mętnieją, bądź stają się przejrzyste… Ma ona w sobie coś nieodgadnionego, jakąś tajemnicę. Potrafi być zwodnicza, zabójcza, ale i też kojąca, przynosząca ulgę… Jest też nieposkromiona. W „Ptaśku” symbolizuje ogrom możliwości, jaki stoi przed każdym młodym człowiekiem. Także odnosi się do innej mojej piosenki pod tytułem „Rzeko…”, którą napisałam jako bardzo młoda osoba. I w utworze „Ptasiek” jakby przywołuję, przypominam tamtą siebie…

KT: Ta potrzeba ucieczki daje się uchwycić nie tylko w samej treści płyty „Miód i dym”, ale też w atmosferze, w jakiej powstawała, czyli w pięknych okolicznościach natury – nad jeziorem w Górach Sowich. Czy podczas pracy nad płytą czułaś energię, wpływ tego miejsca na Ciebie, na płytę – pracę nad nią i jej kształt?
Anita Lipnicka: Oczywiście. Jestem przekonana, że gdyby nie nasze wyjazdy, ta płyta miałaby zupełnie inny wydźwięk, zawierała inne treści. Pobyt w górach, w domku z widokiem na wodę, z dala nie tylko od cywilizacji, ale także codzienności, obowiązków, spraw jakie towarzyszą nam w życiu dorosłym – to wszystko pozwoliło nam się oderwać niejako od ziemi, poczuć spontaniczną uciechę z tworzenia, zbliżyć się do siebie, odkryć na nowo pokłady swoich możliwości. Przyroda stała się katalizatorem do wyzwolenia w nas, grupie osób spędzających ze sobą czas na graniu, pewnych pokładów wrażliwości, które pewnie pozostałyby niedostępne, gdybyśmy pracowali w mieście, zgiełku, pod naporem codzienności. Poza tym wszystkim, rodzaj muzyki jaką gramy, silne wpływy folku, country czy blues’a – to wszystko są organiczne brzmienia, bliskie naturze, z niej zrodzone. Przyroda zawsze odgrywała istotną rolę w tradycji grania korzennego.
KT: Skoro jesteśmy w temacie pracy nad płytą – czy praca nad nią w jakiś sposób różniła się od pracy nad Twoimi wcześniejszymi albumami?
Anita Lipnicka: Znacząco. Poprzednie dwie płyty powstawały w osamotnieniu. Pisałam piosenki zamknięta w pokoju, często po nocach, kiedy wszyscy już w domu spali. Zmęczył mnie trochę ten samotniczy tryb pracy twórczej. Tym razem postanowiłam więc zaryzykować i spróbować stworzyć album w wyniku interakcji międzyludzkiej. Większość piosenek na tę płytę powstała więc na zasadzie wspólnego jammowania, jest zapisem spontanicznej wymiany energii między grupą osób. To jest ta różnica.
KT: Na ile „Miód i dym” był zaplanowanym, wcześniej przemyślanym projektem przed wejściem do studia, a na ile materiałem instynktownym, tworzonym z impulsu chwili czy miejsca, „na psi węch”?
Anita Lipnicka: Jak wspomniałam, dużo utworów powstało spontanicznie. Oczywiście wchodząc do studia mieliśmy już zamknięte formy piosenek, mocno zarysowane aranże. Ale do ostatnich chwil ja kończyłam teksty, i wiele pomysłów produkcyjnych zrodziło się podczas nagrań. Ten album nie jest wymęczony, przegrany. Udało nam się zachować na nim jakąś świeżość, uchwycić energię chwili.
KT: „Miód i dym” wydaje się być płytą mimo wszystko słodko-gorzką, ta sinusoida emocjonalna biegnie przez całą płytę i, wydaje mi się, że przez ten ładunek i treść jest bardzo osobistą płytą. Jak uważasz, czy nie jest tak, że im bardziej osobista płyta jest dla Ciebie, tym więcej ludzi się z nią utożsami?
Anita Lipnicka: Nie mam pojęcia, nie potrafię przewidzieć, ilu ludzi będzie się z nią utożsamiać. Każda moja płyta jest bardzo osobista, opowiada wiele o mnie. Natomiast nie jest tak, że piszę i śpiewam dla siebie. Sensem tworzenia jest dzielenie się tym, co robię, z innymi. Jeśli w moich piosenkach ktoś odnajduje kawałek siebie, znaczy, że misja została spełniona. To poczucie daje mi spełnienie i satysfakcję.
KT: Na swojej najnowszej płycie przyglądasz się życiu z różnych perspektyw – z jednej strony jest bajecznie, wręcz sielankowo, z drugiej wszystko przykrywa cień. Czym „Miód i dym” jest dla Ciebie?
Anita Lipnicka: Faktycznie jest to płyta bardzo różnorodna pod względem nastrojów, kolorów jakimi maluję swoje opowieści. Jest na niej dużo refleksji, zadumy nad przemijaniem na przykład. Ale też sporo humoru, dystansu do życia, jakiejś lekkości, niepowagi. Tym razem nie trzymałam się żadnego schematu, nie podchodziłam do sprawy rygorystycznie, nie chciałam by ten album był emocjonalnym, klimatycznym monolitem. Powstawał spontanicznie i piosenki same mnie prowadziły, pozwalałam im chodzić, gdzie mają ochotę.
KT: Wróćmy jeszcze do pracy nad płytą. Z The Hats współpracujesz już od jakiegoś czasu. Dlaczego teraz zdecydowałaś się nagrać z chłopakami płytę?
Anita Lipnicka: Bo po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam się na tyle swobodnie w grupie ludzi, i zaufałam im na tyle, by podjąć wspólne wyzwanie stworzenia albumu. Nasza zespołowa chemia, to że gra się nam razem tak dobrze, jest wynikiem nie tylko podobnych fascynacji muzycznych, jakie dzielimy, ale też jakiejś wyjątkowej więzi, sympatii, która się między nami zawiązała. Grzechem byłoby nie wykorzystać tego momentu, nie zebrać owoców z tego sadu. Jest nam po prostu fajnie razem – na scenie, i poza nią. I chciałam aby został po tym jakiś ślad, jakiś zapis tej historii. Nie wiadomo gdzie nas dalej życie poniesie. Należy cieszyć się tym, co tu i teraz!
KT: Na albumie pojawili się też goście – Fismoll, Julia Pietrucha, Tomek Makowiecki. Pamiętasz, jak doszło do współpracy z tymi artystami?
Anita Lipnicka: Oczywiście, że pamiętam! Początkowo nie miałam zamiaru zapraszać żadnych gości na płytę. Jednak w trybie jej powstawania, piosenki niejako same się prosiły o drugie głosy. Utwór „Jak Bonnie i Clyde” był pierwszy z tej serii. Napisał mi się z podziałem na role męską i żeńską. Z uwagi na temat piosenki, miłosną historię pary po przejściach, wiedziałam, że nie można jej prześpiewać. Nie chodziło więc o duet popisowy, jakieś wokalne wyścigi, potrzebny był mi męski, poruszający głos i powściągliwa ekspresja. Pomyślałam o Tomku Makowieckim, mając przeczucie, że będzie idealnym Clyde’em. Gdy zaśpiewał swoją kwestię i przysłał mi pliki, popłynęły mi łzy z oczu, wiedziałam, że podjęłam dobrą decyzję. Miniatura zaśpiewana z Fismoll’em zrodziła się spontanicznie. Spotkaliśmy się w Sowich Górach, przy okazji kręcenia klipu do piosenki „Z miasta”. Arek był operatorem kamery, co mnie bardzo zaskoczyło i ucieszyło zarazem, bo od lat jestem fanką jego muzyki i nie miałam wcześniej pojęcia, że druga jego pasja to filmy i zdjęcia. To spotkanie było tak poruszające, tak miłe, że jeszcze tej samej nocy zrodził się zamysł utworu „Back to the sea”, opowiadającego o tym, że wszyscy spotykamy się tu po to, by uczyć się od siebie nawzajem, wymieniać energią, inspirować wzajemnie. Fismoll zgodził się zaśpiewać ze mną i tak powstał kolejny duet na tę płytę. Natomiast piosenka „Tęczowa”, która ostatecznie stała się dość egzotycznym tercetem to już osobna historia. Napisałam ją w domu, w Warszawie. Jest to moja cegiełka w walce o szeroko pojętą tolerancję, o prawo człowieka do bycia sobą, bez względu na religię, polityczne zamiłowania czy orientację seksualną. Mam po prostu wrażenie, że w naszym kraju od kilku lat wykonujemy krok w tył w tej materii, i że znowu przyszedł czas, by opowiadać, przypominać o prawie do wolności. Pomyślałam, że jeśli zaproszę do zaśpiewania tej piosenki innych ludzi, jeśli do mojego apelu dołączą inne głosy, stanie się bardziej wymowny. W refrenach od początku słyszałam przejmujący wokal Ralpha Kamińskiego. Potem przyszła mi na myśl eteryczna, anielska Julia Pietrucha, której nienachalna ekspresja, pewien hawajski luz w głosie, zestawiony w kontraście do szorstkich treści jakie śpiewa, dodał wszystkiemu ciekawej głębi. I tyle o gościach! Dodam, że są to ludzie, których twórczość bardzo cenię i po prostu ich wrażliwość jest mi bliska.
KT: Czy jest coś, czego na tej płycie nie udało się zrobić?
Anita Lipnicka: Tak, jedna piosenka, na którą nie wystarczyło czasu. Ale skończymy ją pewnie i znajdziemy okazję, by ją wydać.
KT: Już wkrótce ruszacie w trasę, choć kilka koncertów z nową płytą już za Wami. Jak gra Wam się ten materiał przed publicznością?
Anita Lipnicka: Bardzo fajnie. Mamy za sobą już kilka koncertów i cieszymy się z entuzjastycznego przyjęcia. Oczywiście materiał jest jeszcze nie ograny, jak to się mówi kolokwialnie. Ale to jest naturalne i wszystko się ułoży organicznie.
KT: Bardzo dziękuję za rozmowę i – mam nadzieję – do zobaczenia gdzieś na Waszym szlaku.
Anita Lipnicka: Dziękuję też i do widzenia!





