Poppy – Poppy.Computer (2017), recenzja Pawła Markiewicza

0
227

To jedna z najbardziej tajemnicznych postaci w światowym YouTubie. Jej stoicki spokój, kamienna i uśmiechnięta twarz oraz kościelne melodie w tle przyprawiły niejedną osobę o gęsią skórkę. Mowa o Poppy, która dość niedawno założyła własną wytwórnię pod diwizjonem Mad Decent finansowanym przez Diplo. Dzięki temu posunięciu artystka mogła w pierwszy piątek października opublikować debiutancki album – „Poppy.Computer”. Świat wokalistki jest dość pokręcony i wchodzicie w tę recenzję na własne ryzyko.

Poppy od razu przypomniała mi o twórczości Melanie Martinez, która za pośrednictwem muzyki zabrała swoich słuchaczy w inny, alternatywny świat. Jej świat, w który albo ktoś wsiąknie albo nie. W komputerową rzeczywistość zaprasza nas utwór I’m Poppy, który śmiało można nazwać interlude. To piękne, zalatujące PC music, wprowadzenie i wyjaśnienie tego, co czeka nas na albumie. Spójrzcie sami.

Jeżeli ktoś zna Poppy z poprzednich dokonań muzycznych, to na pewno zdziwi się jaka ogromna zmiana zaszła w świadomości muzycznej artystki. Jak sama przyznaje, kiedyś była produktem, a teraz jest prawdziwą artystką, która chętnie sięga do podstaw muzyki pop. Wyraźnie wyczuwalny jest tutaj wpływ lat 80′ i 90′, gdzie królowały syntezatory (hipnotyzujące i magiczne, perfekcyjnie wyprodukowane Interweb) oraz można było natknąć się na elektryczne gitary (mocne, dynamiczne i taneczne My Microphone).

Nim Poppy.Computer zawitał do serwisów streamingowych i sklepów muzycznych, słuchacze zdążyli poznać pięć singli, które ujrzały światło dzienne w stosunkowo dość krótkim okresie. Pierwszym z nich był I’m Poppy, drugim przyjemne Computer Boy, które pomimo jednostajnego tempa, z małymi przebitkami, nie nudzi się. Wszystko to dzięki ozdobnikom w wokalu artystki. Później usłyszeliśmy wybitnie nieudane Let’s Make A Video (przyjemne zwrotki, ale irytujący i przesłodzony refren). Czwartym przedsmakiem było Interweb, a ostatnim My Style, w którym gościnnie udziela się postać stworzona na potrzeby filmów Poppy – Charlotte. To sklepowy manekin, któremu nakładany jest głos komputerowy. Może wydawać się śmieszne, ale słodki głos artystki, połączony z ciężkim, cyfrowym wokalem, łączy się iście wyśmienicie.

I’m softer than a daisy, if you cut me I’ll bleed pink
I’m bleach blonde, baby, that’s how God made me
Not everyone was born this perfect
But, it’s just my burden to bear
I’m bleach blonde, baby, that’s how God made me

Warstwa liryczna pozostawia wiele do życzenia i w tym kryterium mój stosunek jest ambiwalentny. Z jednej strony nie słyszałem dawno tak bogatej metaforyki, ciekawego klimatu i pomysłu na siebie, który wyrażany jest za pomocą słów, a z drugiej właśnie brakuje mi tych słów. Co mam na myśli? Teksty są dość ubogie ilościowo, często powtarzane w kółko męczą i nudzą, a oczekiwania są duże. Ta dawka „magii”, którą dostarcza nam Poppy, ze względu na okrojoną liczebność liryki, nie działa na odbiorcę tak jak powinna.

Jak na muzyczny debiut nie jest źle, ale nie jest też perfekcyjnie. Jest po prostu dobrze. Słychać tu ogromne inspiracje muzyką z lat 80′, 90′ i wczesnych 00′. Kilka utworów to typowe „zapychacze”, które zaburzają odbiór płyty i finalny efekt. Po drugiej stronie muru są mocne, prekursorskie kompozycję, na które przeciętny odbiorca rozgłośni radiowych nie jest jeszcze gotowy. Poppy.Computer jest odważne, ale niedopracowane. Na samej Poppy warto zawiesić oko i czekać na kolejne dokonania muzyczne.