Jack Johnson – All The Light Above It Too (2017), recenzja Piotra Krajewskiego

0
226

Słoneczny dzień na Hawajach, mnóstwo palm, piasek, szum fal, zimny drink i pełen chill. Takie rzeczy możesz sobie wyobrazić, kiedy zaczynasz słuchać twórczość Jacka Johnsona. Ten były profesjonalny surfer chwycił kilkanaście lat temu za gitarę i tak już mu zostało. Za sprawą pozytywnie brzmiących melodii rozkochał w sobie całe Stany Zjednoczone, gdzie sprzedał do tej pory miliony płyt. Teraz powraca z siódmym albumem All The Light Above It Too i okazuje się, że Hawajczykowi zaczął ktoś w Ameryce przeszkadzać.

Tu gitara, tam gitara. O, tam dalej też jeszcze gitara! Jack Johnson jest wierny temu instrumentowi, jak mało kto. Nie ma więc diametralnych zmian na najnowszym dziele. Od początku swojej muzycznej kariery Amerykanin tworzy nieskomplikowane, melodyjne i bardzo pozytywne kompozycje właśnie posługując się głównie prostymi dźwiękami gitary.

Jego piosenki nie zdobywały, nie zdobywają i raczej nigdy nie będą zdobywać list przebojów. Nie oznacza to jednak, że nikt ich nie zna – okazuje się, wiele z nich ląduje na playlistach milionów słuchaczy. Hawajczyk to typ artysty, których w mediach praktycznie nie istnieje, nie stawia na wielką promocje swoich płyt, nie robi wiele hałasu. Nie musi, bo i tak wszyscy go znają. Wystarczy spojrzeć na sprzedaż jego dzieł. Albumy Johnsona rozeszły się w samych Stanach Zjednoczonych w wielomilionowym nakładzie i niejednokrotnie pokryły się prestiżową platyną. Wygląda na to, że w całym tym natłoku świetnie wyprodukowanych, przeładowanych dźwiękami kawałków ludzie lubią odetchnąć oraz posłuchać sobie czegoś akustycznego i niewymagającego. Taka właśnie jest muzyka Jacka.

All The Light Above It Too to zestaw dziesięciu utworów z typowym dla Johnsona pozytywnym vibem. Wielkich brzmieniowych zaskoczeń na jego siódmym krążku nie usłyszymy. To nadal jest muzyka bardzo słoneczna, przyjemna w odbiorze i nieuciążliwa. Wystarczy posłuchać chociażby Sunsets For Somebody Else, Fragments czy Subplots, aby nieco się wyluzować. To miłe, że Amerykanin nie ograniczył się tylko i wyłącznie do gitary. Nieśmiało sięga też po coś innego, ale to instrument szarpany nadal pozostaje jego wyraźnym ulubieńcem.  Nie od dziś wiadomo, że w tym prostym, surowym dźwięku gitary jest wiele z magii.

Dla Jacka Johnsona jego akustyczna twórczość to bez wątpienia największe szczęście. Słychać, że uwielbia to i świetnie czuje się w takiej stylistyce. Niestety, typ muzyki, którą nagrywa już od wielu lat, jest także jego największym przekleństwem.  Jeden chilloutowy utwór – super. Dwa takie kawałki – też dobrze. Trzy takie kompozycje – niech będzie… Problem pojawia się jednak, gdy słuchacz otrzymuje na jednej płycie niemal wszystkie piosenki zbliżone do siebie klimatem i dźwiękami, bez jakichkolwiek większych zaskoczeń. Wtedy zaczyna się odczuwać się niechciane znużenie, z którym trudno walczyć. Dokładnie takie emocje pojawiają się w trakcie słuchania płyty All The Light Above It Too. Nie mamy tu bardzo słabych utworów, są za to rozczarowująco nudne i przeciętne. Kolejna porcja numerów typu Daybreaks po prostu nie działa korzystnie na odbiór.

Warto jednak zatrzymać się nieco dłużej przy kilku kompozycjach. Minimalistycznie ładne Love Song #16, świetne i bardzo w stylu Becka Gather czy niby pozytywne, ale z ciętym politycznym komentarzem w stronę Trumpa My Mind Is For Sale. Jack Johnson to kolejny amerykański artysta, który zdecydował się nawiązać w swojej twórczości do obecnego, kontrowersyjnego prezydenta Stanów Zjednoczonych. To spora zmiana, bo dotychczas jego teksty skierowane były przede wszystkim w stronę ukochanej żony.

Krążek All The Light Above It Too daje sporo szczęścia, pozwala nieco odsapnąć i zatrzymać się, ale całościowo przynosi też monotonię. To idealna muzyka do relaksu w ogrodzie, na plaży czy w trakcie kempingu. Tych dziesięć utworów może z powodzeniem znaleźć się na chilloutowych playlistach chociażby w serwisie Spotify. Najlepiej pojedynczo, bo w grupie zaczynają męczyć. Jack Johnson stworzył kolejne słoneczne i przyzwoite dzieło, którego da się słuchać, ale którego – mimo tego pozytywnego klimatu – nie da się uwielbiać.