Arcade Fire – Everything Now (2017), recenzja Justyny Rojek

0
249

Arcade Fire uznany za jeden z najważniejszych zespołów rocka alternatywnego, jeszcze do niedawna wyznaczał standardy w swojej stylistyce. Ich płyty mocno komentowane,  nie pchały się do mainstreamu, ale i tak osiągały doskonały wynik na swoich warunkach. Po czteroletniej przerwie powracają z nowym  materiałem Everything Now i pytaniem, czy ich wielkość powoli nie wygasa?

Arcade Fire przyzwyczaił nas do muzyki, która wymaga cierpliwości i skupienia oraz wydawania koncept-albumów poruszających ważkie tematy: Funeral o przemijaniu i śmierci, Neon Bible jako ostrzeżenie przed pozornymi autorytetami, nagrodzony Grammy The Suburbs o kondycji klasy średniej, czy wreszcie mocno dzielący Reflector o relacjach międzyludzkich w erze cyfryzacji. Tym razem jednak posiłkując się wsparciem m. in. Thomasa Bangaltera z Daft Punk, dużą wytwórnią płytową i kreatywną kampanią marketingową Arcade Fire tworzy płytę o naszych niecierpliwych czasach, gdzie wszystko musi być tu i teraz i to już pewne … zmierza do meainstreamu.

Kanadyjczycy oferują nam trzynastopiosenkowe wydawnictwo, które jako pierwszy promuje singiel Everything Now. Tytułowy utwór stanowiący najgłośniejszą wakacyjną premierę tego roku, to zapowiedź poszerzenia rozpiętości gatunkowej zespołu. Jest radośnie i tanecznie, z melodią pianina charakterystyczną dla niezapomnianych hitów ABBA. Wystarczy jednak zasłuchanie w warstwę tekstową, aby zrozumieć, że tu kolorowo już nie będzie. Everything Now to bezlitosny portret społeczeństwa 2017 roku, które zachłyśnięte nadmierną konsumpcją i natychmiastowym dostępem do wszystkiego, nie dostrzega, że granica przyzwoitości została już dawno przekroczona. Idąc dalej tropem ABBA, nie sposób wyczuć ich naleciałości w piosence Put Your Money On Me. Mieszanka pulsującej linii basowej i tanecznej elektroniki przynosi przykuwający uwagę efekt końcowy. A w liryce po raz kolejny zespół sięga po konsumpcyjną kulturę tym razem zdominowaną żądzą pieniądza. Opisywany w powyższych piosenkach szaleńczo pusty świat nie sprzyja w żaden sposób miłości, a dowodem na to jest synth-popowa ballada Don’t Deserve Love, która odważnie głosi:  Nie chcesz rozmawiać / Nie chcesz dotyku / Nie chcesz nawet wspólnie oglądać telewizji. Czy to nie wystarczający dowód współczesnej alienacji?

Krytyczny obraz beznadziejności świata, w której pomimo wszystko poszukujemy sensu, ma swój ciąg dalszy w piosence Signs Of Life. Utwór jest zbudowana na funkowym bassie, który ubogaca brzmienie rogu, policyjnych syren i klaskania. Otrzymujemy w ten sposób niezwykle barwny kawałek z jednoznaczną aluzją do lat osiemdziesiątych. Nieco głębiej w problematyce naszych czasów zanurza się elektroniczny Creature Comfort. Tekst opowiada o opanowaniu naszej codzienności przez presję mediów społecznościowych. Młodzi ludzie pragną aprobaty innych, bycia sławnymi, a kiedy w to pozorne szczęście zakrada się ból, nie chcą go znosić tylko szukają wygodnych, a często nawet ostatecznych rozwiązań.

Przyzwoity start i świetną końcówkę płyty spłaszcza jej środek z kompozycjami przypominającymi bezmelodyjne eksperymenty. Pierwsze potknięcie serwuje utwór Peter Pan, który jak wskazuje sam tytuł, nawiązuje do niedojrzałości naszego pokolenia. Kompozycja zabarwiona klimatem raggae, jest sztywna i mało rytmiczna, a jej centralny punkt stanowi naiwny refren: Bądź moją Wendy / Ja będę Twoim Piotrusiem Panem. Nic specjalnego nie przynosi również kawałek Chemistry z przewrotnym tekstem o zadurzeniu, które zmienia się w prześladowanie. Dancehallowa melodia z rapującym Butlerem zamiast rzucić powiew świeżości na nowe brzmienie zespołu po prostu przeciąża słuchacza. Nie wiele lepiej wypada Infinite Content. Piosenka kontynuująca temat nieskończonego niezadowolenia we współczesnym świecie pojawia się w dwóch kontrastujących wersjach – napastliwego punku i spokojnego country. A to w sumie daje trzy najgorsze minuty z całego albumu.

Arcade Fire spróbowali przewidzieć krytyczne uwagi na temat nowych piosenek i na krótko przed premierą Everything Now wypuścili własną – fikcyjną recenzję płyty. Jak sami przyznali: płyta zostanie przedstawiona w niekorzystnym świetle w stosunku do Funeral i The Suburbs, podczas gdy odbije się od przysłowiowego dna w porównaniu z Reflector.  Mają rację, album nie przekracza kolejnych granic, ani nie składa też wielkich obietnic, dlatego jest dobrze ale nie porywająco.