Tegoroczna edycja gdyńskiego Open’er Festival za nami. Oczywiście nie udało nam się być na każdym koncercie, ale za to przywieźliśmy dla Was mnóstwo wspomnień. Z tej okazji wybraliśmy dla Was naszym zdaniem dziewięć najlepszych koncertów tej edycji. Oto one, a jakie są Wasze?
Solange
To był jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie koncertów tej edycji. Siostra sławnej Knowles przyjechała do Polski promować swój świetny album A Seat At the Table, który w podsumowaniach rocznych wyrósł na jeden z najlepszych krążków minionego roku. Amerykanka przygotowała dla nas show okraczone R&B, funkiem, soulem, psychodelicznym brzmieniem elektroniki. Nie tylko świetnie śpiewała wspomagając się tańczącym chórkiem, ale miała świetny kontakt z publicznością. Każda piosenka była dla mnie zaskoczeniem, mimo, że jej utwory znam bardzo dobrze. We wszystkich momentach czułem jej emocje i wszystko co chciałem od niej uzyskać. To co prezentowali na scenie wyglądało jak czarne show słynnych wokalistek R&B i soulu sprzed kilku dekad. Minimalistyczne ruchy tworzyły całość, która dopełniła się świetnie wizerunkowymi strojami.
M.I.A
Występ M.I.A. to zdecydowanie największa impreza tego festiwalu. Wokalistka postawiła na mocne bity, trzaski, dubstepowe wstawki, głośność i frywolność. I choć ciężko ocenić jej naturalny śpiew (który nie jest jakiś porażająco dobry), to zadbała o cały anturaż w postaci tancerzy, dodatkowej wokalistki (która zakrywała braki tej pierwszej) i DJ-a, który też nie stał obojętnie przy wszystkim. Raperka postawiła na mocne show i chyba najważniejszym jego ogniwem był kontakt z publicznością. Praktycznie cały czas była pod sceną – chodziła po barierkach, przybijała piątki, stała nawet na wyspie akustyków. Muzycznie skupiła się głównie na piosenkach z podobno ostatniego krążka w karierze AIM, ale nie zabrakło też dobrze znanego Born Free czy Paper Planes. Wciąż pozostaje buntowniczką, nie patrzącą na to co modne, kierującą się własną muzyczną fantazją. Za to jest kochana i dzięki temu ma tylu oddanych fanów.

Michael Kiwanuka
Wow. To właśnie to słowo przyszło mi na myśl, kiedy Michael wszedł na scenę i zaprezentował pierwszy utwór. Czarnoskóry wokalista pokazał nam swoje soulowe brzmienie w bardzo gitarowej odsłonie. Z jego ust wydobywają się zarówno czarujące ballady, jak i utwory bardziej żywiołowe, które najbardziej przypadły mi do gustu. Namiot wypełniony był po brzegi i odniosłem wrażenie, że ludziom po prostu brakuje czarnych brzmień, których raczej nie tworzy się w naszym kraju.

Foo Fighters
Nie będę ukrywał, że jestem wielkim fanem tego zespołu. To po prostu nie moja stylistyka i chyba się już do niej nie przekonam. Umiem jednak docenić coś co nosi, coś dzięki czemu taki, a nie inny koncert jest udany i który potrafi z publiczności zrobić maszynki do śpiewania, bawienia się i tańczenia. To właśnie zrobili Foo Fighters, którzy pokazali, że miano headlinera tej edycji nie dostali na darmo i że występ na głównej scenie jest zdecydowanie atutem, a nie karą (co było widać przy występie Jamesa Blake’a, który pasował do Tenta i miałby tam świetny występ, niestety Main go przerósł). Ludzie się po prostu bawili, każdą piosenkę witali z entuzjazmem, a dwugodzinny koncert nie nudził im się ani na chwilę. Tak się po prostu robi show panie i panowie.
Dua Lipa
Organizatorzy Open’era coraz częściej zapraszają na ten festiwal artystów, którzy osiągnęli niebywały sukces komercyjny dzięki utworom, które są grane w radiach. Trudno się jednak temu dziwić, gdy chcą przyciągnąć festiwalowiczów czymś, co samo w sobie jest sławne, choćby z nazwy. Dua Lipa była jedną z tych, które są bardziej mainstremowe niż alternatywne. Tent Stage był jednak wypełniony po brzegi, a sama wokalistka dała wokalne show na najwyższym poziomie. Śpiewa bardzo czysto, jest naturalna, szybko nawiązuje kontakt z ludźmi stojącymi po drugiej stronie sceny. Jej piosenki są przebojowe, gdy usłyszymy którąś z nich to chcemy ją usłyszeć po raz drugi i trzeci. Noga sama tańczy, usta śpiewają. Najlepszą rekomendacją mogą tu być słowa mojego znajomego, który po koncercie zwrócił się do mnie słowami „wow, to był jeden z najlepszych koncertów tej edycji”. Zdanie nabiera na znaczeniu, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że jednocześnie słucha on w domowym zaciszu najbardziej alternatywnych brzmień, których nie powstydziłby się Off Festival. Tego brakowało The Weekndowi, który mimo wielu przebojów był trochę jak samotna myszka pozostawiona na wielkiej łodzi.

Warpaint
Zespół Warpaint poznałem koncertowo cztery lata temu na jednej z edycji tego festiwalu. Od tamtego czasu jednak nastąpił ogromny progres dziewczyn, które wśród wielkich nazwisk mogły konkurować w line-upie tegorocznej imprezy. Wówczas królowały tam gitary i wynikająca z tego surowość. Dziś to bardziej rozwinięcie się w inne strony poprzez taneczne kawałki w dobrym tego słowa znaczeniu. Wszystko jest tu na swoim miejscu, wokal przyjemnie kołysze się z gitarą basową, i choć często jest niejednoznaczny, prowadzi go w kolejne odmęty i porusza nawet najbardziej znudzonego słuchacza. Głównym zarzutem ich występów jest surowość, choć to piękna strona dziewczyn i ja oceniam to jako dodatkowy atut.
Brodka
Brodka dużo zaryzykowała płytą Clashes, ale gdy sobie posłuchamy jej dyskografii, widzimy, że na każdej płycie wnosiła coś nowego. Tym razem jednak postawiła wszystko na jedną kartę i okazało się to wielkim sukcesem. Brodka nie brzmi polsko, nie brzmi nawet europejsko, a można tu mówić o fenomenie na skalę światową. Jej koncerty z tej trasy to istne widowisko, do którego nas zaprasza. Spektakl, który od początku do końca jest zaplanowany i niezwykle dobrze przygotowany. To koncert na miarę największych festiwali na świecie i skierowany ku wysublimowanemu odbiorcy. Bogactwo dźwięków, miesza się tu z grą świateł, ale najważniejszy jest głos i to on wychodzi na pierwszy plan. Prawdziwe staje się powiedzenie, że cudze chwalimy, swego nie znamy.

The XX
Brytyjczycy powrócili na festiwal po czterech latach i po raz pierwszy zaprezentowali materiał z nowej płyty, zestawiając go ze starszymi kawałkami. I choć ich muzyka nie jest jednoznaczna i nie spodoba się każdemu, koncertowo zrobili wiele, by zadowolić polską publiczność. Są charakterystyczni (choć nie zawsze tak było na ich koncertach), wyróżniają się niezwykłą charyzmą, którą mieszają z gitarową surowością w wielu momentach. Zarówno Roma Croft jak i Oliver Sim dali nam do zrozumienia, że cieszą się z powrotu do naszego kraju, spontanicznie nawiązując kontakt z publicznością między piosenkami. Ta odwdzięczyła się zarówno gromkimi brawami jak i śpiewaniem utworów zespołu. Jedynym minusem był nieco ponad godzinny występ, po którym wielu z nas czuło niedosyt.
Lorde
Dla wielu był to jeden z najważniejszych koncertów tej edycji. Pochodząca z Nowej Zelandii, Lorde, wystąpiła w naszym kraju po raz pierwszy w swojej karierze i wybaczamy jej nawet gafy, gdy mówiła, że cieszy się z przyjazdu do Gdańska, choć festiwal odbywał się w Gdyni… Wokalistka przyjechała do nas promować swój najnowszy album Melodrama, choć set wypełniony był w połowie przebojami z debiutanckiej płyty. To co ją wyróżniło to pewnego rodzaju charyzma. Mimo, że na scenie znajdowała się niemal sama, swoimi ruchami, tańcem, zmysłowością i pięknym uśmiechem, zrobiła wokalne show, bo chyba nikt tu sobie nie wyobrażał kilkunastu tancerzy ruszających się w rytm jej kolejnych utworów. I choć wielu twierdzi, że nie pasowała do Main Stage, ja zaś uważam, że to była świetna decyzja organizatorów. Mimo padającego deszczu, dała się poznać jako przesympatyczna i przemiła osoba (tak – osoba, a nie gwiazda), która nawiązuje kontakt z publicznością, rozmawiając z nimi. Miejmy nadzieję, że w krótkim czasie przyjedzie do nas na koncert klubowy.



