Sarsa – Pióropusze (2017), recenzja Pawła Markiewicza

6
493

Po dwóch latach przerwy na polski rynek muzyczny powróciła jedna z najbardziej charyzmatycznych wokalistek w naszym kraju. Jej znakami rozpoznawalnymi stały się: manieryczny głos i włosy upięte w rogi. Zapewne wiecie już, że chodzi o Sarsę, która w miniony piątek wydała drugie muzyczne dziecko. Muzyczne dziecko, które w całości oddaje osobowość artystki.

W 2015 r. cała Polska oszalała na punkcie singla Naucz Mnie. Płyta, z której pochodził ten utwór, spotkała się z pozytywnym odbiorem recenzentów i słuchaczy, dzięki którym wydawnictwo pokryło się platyną. Z biegiem czasu można zauważyć, że album pokazał jedynie zalążek tego, na co stać Sarsę. W odróżnieniu od drugiego longplay’a, pierwszy był łatwiej przyswajalny, prostszy w odbiorze i w pewnym stopniu przyjazny rozgłośniom radiowym.

Do Pióropuszy trzeba podejść kilka razy, żeby w całości rozłożyć je na czynniki pierwsze. To płyta wymagająca, której potencjał radiowy jest bardzo niski. Sarsa za pośrednictwem nowego krążka wyraziła swoją dziką stronę osobowości, którą w sposób szczególny uwydatnia przemyślana produkcja. Pani Markiewicz pokazała, że pośród przeźroczystych artystów, ona ma to „coś” i jest kimś więcej niż tylko produktem. Kimś na kogo powrót warto czekać kilka lat.

Zdaje się, że nazwa płyty nie wzięła się znikąd. Pióropusze to metaforyczne określenie materiału, który znajdziemy na wydawnictwie – czyli wielobarwność i zróżnicowanie dźwięków. Album przepełniony jest dynamicznymi, odważnymi brzmieniowo utworami (np. RAH Bronx czy Ucieka), a kontrast stanowią spokojne, nostalgiczne kompozycję na miarę Oh Say, w których Sarsa ukazuje pełen wachlarz możliwości wokalnych. Można rzec, że materiał zebrany na Pióropuszach jest jednym wielkim bałaganem, który paradoksalnie zgrywa się w zwartą i nierozerwalną całość.

Całej wyrazistości płycie nadaje nie tyle warstwa muzyczna, co sam głos artystki. Wibrato w wyższych partiach wokalnych (Oh Say) powala na kolana i na swój sposób pozwala się zrelaksować. Dodatkowym atutem jest charakterystyczne „rah” oraz dzikie dźwięki, które wyrażają ekspresję Sarsy (m.in. agresywne RAH Bronx i Furia).

Wokal idealnie synchronizuje się z muzyką wybijającą rytm – co gołym okiem widać m.in. w Volcie, która ze względu na zmianę tempa i klubowy refren sprawia, że jest jednym z najbardziej zapadających w pamięć utworów. Do tego grona należy dorzucić imienną kompozycję, której refren zapętla się niczym wąż wokół schwytanej ofiary. To jedne z największych piór w całym Pióropuszu. Jedyne do czego bym się przyczepił to Furia, która ze względu na swoją strukturę powinna być intrem, a nie outrem.

Po mojemu to Ty nie chcesz oddać mi nic,
Ja celuje wciąż w stronę nie-nieba,
A Ty oddawaj mi wszystko, bo się zastrzelę,
A teraz, to teraz uważaj, bo lecę prosto do Ciebie.

Wolne kompozycje pokazują tę magiczną i eteryczną stronę Sarsy. Oh Say i Egoizm, to miejsce, w którym artystka zostaje obnażona przez produkcję. Muzyka jest stłumiona, a na pierwszy plan wysuwa się zjawiskowy i rzadko spotykany głos Marty. W tym miejscu trzeba zwrócić uwagę na genialną konstrukcję płyty, gdzie po klubowych, wyraźnych dźwiękach, pod koniec przeważają te stonowane, które na chwilę pozwalają wyciszyć się słuchaczowi.

Widać i słychać, a szczególnie słychać, że Marta Markiewicz nie czuła żadnej presji przy tworzeniu płyty. Pomimo, że krążek dopięty jest na ostatni guzik, a całość przemyślana jest od A do Z, to słychać w nim dużo luzu i ekstrawagancji. Zdaje się, że wykształcenie muzyczne zaważyło na tym, że Sarsa znajduje się kilka poziomów wyżej od większości artystów w Polsce. Jeżeli tak ma wyglądać dalsza twórczość wokalistki, to ja proszę o więcej, więcej i jeszcze raz więcej!

6 KOMENTARZE

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.