Machine Gun Kelly – Bloom (2017), recenzja Dariusz Kozery

Po dwóch latach z nowym albumem powrócił amerykański raper znany jako Machine Gun Kelly. Sprawdźmy, czy udało mu się muzycznie rozkwitnąć czy może ma on już swoje najlepsze chwile za sobą.

Swoją przygodę z muzyką Machine Gun Kelly rozpoczął w 2006 roku, kiedy to wydał samodzielnie swój pierwszy mixtape. Pięć lat później udało mu się podpisać kontrakt z wytwórnią Bad Boy Records i rozpocząć przygotowania do właściwego debiutu, który trafił na półki sklepowe w 2012 roku. Album Lance Up uzyskał pozytywne opinie zarówno od krytyków jak i fanów. Krążek zadebiutował na 4. miejscu w zestawieniu US Billboard 200 sprzedając 57 000 egzemplarzy w pierwszym tygodniu. Po trzech latach Colson powrócił z drugim albumem, a po zakończeniu jego promocji szedł za ciosem i rozpoczął pracę nad trzecią płytą. Jej pierwsze zapowiedzi pojawiły się pod koniec minionego roku, a samo wydawnictwo Bloom trafiło w ręce słuchaczy 12 maja 2017 roku.

Promocję albumu rozpoczął nagrany we współpracy z Camilą Cabello singiel Bad Things. Utwór nie bez powodu stał się największym hitem w karierze rapera. Jest to wręcz idealny przykład na to, jak powinna wyglądać współpraca między wokalistą a raperem. Ta dwójka doskonale się uzupełnia co sprawia, że piosenki w ich wykonaniu chce się słuchać na okrągło. Na albumie znalazły się jeszcze dwa popowe duety, At My Best oraz Go Fo Broke. Pierwszy z nich to typowy kawałek, który ma zmotywować słuchacza do walki o samego siebie. Kompozycja bardzo przyjemna i wpadająca w ucho. Doskwiera jedynie brak zwrotki w wykonaniu Haille. Druga piosenka jest swoistym eksperymentem, w którym to Machine Gun Keley próbuje swoich sił w utworze, który stylistycznie o wiele bardziej pasuje do Jamesa Arthur. Finalny efekt jest taki, że to raper zostaje zepchnięty na drugi plan, a gość wysuwa się na prowadzenie. Nie do końca tak to powinno wyglądać.

Po tym popowym wstępie czas przejść do ostrzejszej części Bloom. Wydawnictwo otwiera kawałek The Gunner, który można określić popisowym utworem MGK. Mroczny klimat, bezpośredni tekst i ogromna pewność siebie, czyli prezentacja rapera, z którym po prostu nie można zadzierać. Wzmianka odnośnie tekstów tyczy się tez kawałków takich jak Wake + Bake, w którym to Colson bez ogródek mówi o paleniu skrętów i odurzaniu się, oraz Golden God, gdzie określa się złotym bogiem i porównuje do swoich rodziców. Do najlepszych kawałków na płycie śmiało można zaliczyć Kiss The Sky, którego refren dosłownie hipnotyzuje słuchacza. Tym razem raper nieco zwalnia tempo i prezentuje się od spokojniejsze strony, co ewidentnie wychodzi mu na dobre.

Oczywiście na albumie nie mogło zabraknąć utworów z innymi raperami. Tak jak Trap Paris błyskawicznie mnie od siebie uzależnił i przypadł mi do gustu pod każdym względem, to nie potrafię strawić Moonwalkers. Nie rozumiem po co pojawia się tutaj DubXX. Bez niego ten kawałek byłby o wiele lepszy. Ciekawą propozycją ze strony MGK jest utwór Can’t Walk. Colsona przepełnia w tym utworze niezwykły spokój co sprawia, że wyróżnia się on na tle innych. Tym razem zamiast agresji artysta zdecydował się na luźne wykonanie i nieco psychodeliczną muzykę.

Na sam koniec Machine Gun Kelly przygotował dla swoich fanów pewną niespodziankę. Wokalista chwycił gitarę, przelał swoje emocje na papier i zaśpiewał trzy ballady. Pierwszą z nich jest emocjonalna Rehab, która odsłania wrażliwą stronę rapera i pokazuje, że pod tą całą powłoczką twardziela kryje się wrażliwy facet. Przekonanie się do Let You Go może zająć trochę czasu. Na tle tego całego rapu i popu nagle pojawia się nieco rockowe brzmienie. Naprawdę warto dać temu kawałkowi więcej niż jedną szansę, bo gdy już do was trafi, to zostanie w waszej głowie na długo. Cały album zamyka kompozycja 27. Tutaj dla odmiany pojawia się pianino, a sam raper odkrywa się przed słuchaczem i podsumowuje swój album spokojnym i bardzo przemyślanym utworem.

Trzeba przyznać, że Machine Gun Kelly trafnie dobrał tytuł do swojego albumu. Artysta faktycznie rozkwitł zarówno pod względem muzycznym jak i osobistym. Muzyk wciąż tworzy teksty mówiące bez ogródek o jego życiu, śmiało wyraża swoją opinię i mówi wszystko to, na co ma ochotę. Jednocześnie Colson zdecydował się odsłonić przed słuchaczami swoje wrażliwe Ja. To właśnie ta końcówka była dla mnie największym zaskoczeniem i jednocześnie najlepszą częścią całego krążka. Podoba mi się również fakt, iż MGK nie ucieka od łączenia rapu z popem. Muzyk z chęcią zaprasza popowych wokalistów do tworzenia wspólnych utworów i świetnie mu to wychodzi. Jeżeli będzie on dalej podążał obraną przez siebie ścieżką, to z pewnością zarówno jego fani, jak i on sam będą dumni z tego, co stworzył.

Czytaj również

Po dwóch latach z nowym albumem powrócił amerykański raper znany jako Machine Gun Kelly. Sprawdźmy, czy udało mu się muzycznie rozkwitnąć czy może ma on już swoje najlepsze chwile za sobą. Swoją przygodę z muzyką Machine Gun Kelly rozpoczął w 2006 roku, kiedy to wydał...Machine Gun Kelly - Bloom (2017), recenzja Dariusz Kozery