Brodka wystąpiła w Poznaniu, relacja Zuzanny Janickiej

Kiedy przeszło rok temu Brodka zapowiadała swoją nową płytę, nie byłam nią zbytnio zainteresowana. Nie jestem miłośniczką Grandy, nie mówiąc już o wydanych na fali idolowego sukcesu piosenek. Absolutnie jednak wsiąknęłam w wydawnictwo Clashes, które artystka intensywnie promuje od ponad dwunastu miesięcy. Najbliższe koncerty, jak sama Brodka przyznała, są ostatnimi, jakie odbyć się mają pod szyldem Clashes Tour. Warto więc choć na jeden przybyć, bo kto wie, ile przyjdzie nam czekać na kolejne wydawnictwo jednej z najciekawszych polskich wokalistek.

15 maja artystka przybyła do Poznania, by zaprezentować swoją muzykę w Teatrze Wielkim. Siedząc na widowni na tej pięknej, teatralnej sali wspominałam swoje ostatnie spotkanie z Brodką. Strugi zimnego deszczu wpadały mi za kołnierz, lecz twardo stałam w pierwszym rzędzie na Placu Wolności podczas jej koncertu w ramach Spring Break 2016. Pomyślałam, że to ciekawe doświadczenie – miałam okazję być na pierwszym występie wokalistki, na jakim wybrzmiały numery z Clashes, a teraz uczestniczę w jednym z ostatnich. Mogę porównać oba koncerty, a przede wszystkim poobserwować, jak przez ten rok zmieniło się podejście Polki do jej (już nie tak) nowych piosenek.

W ubiegłym roku artystka dopiero rozgrzewała kompozycje z Clashes, powoli odnajdując pomysły, jak powinny być one zaprezentowane na żywo. Dziś opanowała tę sztukę do perfekcji. A nie było to proste zadanie, gdyż piosenki te są skomplikowane i wymagają zgromadzenia w jednym miejscu wielu instrumentów. Dość wspomnieć, że w trasie towarzyszą jej nie tylko gitary, perkusja czy klawisze, ale i puzon, fisharmonia (zastępuje organy, które nie we wszystkich salach są zainstalowane), puzon i… piła. Perfekcyjna praca całego zespołu sprawiła, że takie utwory jak Mirror Mirror (kawałek otwierał koncert), Can’t Wait For War, Funeral czy Horses nabrały niesamowicie głębokiego wyrazu. Warto zresztą dodać, że tyczy się to każdej piosenki, którą w poniedziałkowy wieczór usłyszeliśmy. Brodka chętnie wykonała nową płytę prawie w całości (zabrakło jedynie nuconego Kyrie), wzbogacając setlistę K.O., porywającym Dancing Shoes, poruszającym, spokojnym coverem Heart-Shaped Box Nirvany oraz francuskojęzyczną Excipit. Wszystkie te kompozycje zostały tak przearanżowane, by nie odstawały od numerów z Clashes, za co należą się wokalistce wielkie brawa, bo mało komu chce ruszać się stare przeboje.

W żadnym wypadku nie było jednostajnie. Setlista została tak skonstruowana, by oglądanie (i słuchanie) koncertu wywoływało wiele emocji. Najlepsze momenty? Pierwszym było zestawienie obok siebie pogodnego, lekkiego Up in the Hill i garażowego, agresywnego My Name Is Youth. Ten niesamowity kontrast, który znamy już z płyty, wciąż szokuje, pokazując, z jaką łatwością Brodka zakłada kolejne maski. Drugim wspaniałym fragmentem występu było wykonanie Dreamstreamextreme. W osiągnięciu odpowiedniego efektu pomogło artystce oświetlenie, które na czas trwania kompozycji odcięło ją od publiki. Było w tym coś tajemniczego i hipnotycznego.

Bez zbędnych słów – majowy koncert artystki na dłużej zostanie w mojej pamięci. Nie chodzi tu już nawet  o nieporównywalnie lepsze warunki, w których mogłam przeżywać to wydarzenie, lecz ogólną otoczkę występu. Koncert Brodki to nie koncert, lecz muzyczne przedstawienie z jedenastoma aktorami. Zorganizowanie go w takim miejscu było rewelacyjnym pomysłem, tylko podbijając pozytywne wrażenia związane z samym występem i tworząc iście magiczną atmosferę.

Czytaj również