Pięć lat minęło od poprzedniego albumu Nelly Furtado. Dużo zmieniło się w życiu artystki – ciężki okres w życiu prywatnym, przejście „na własne”, własna wytwórnia i lekkie zapomnienie przez fanów i mainstream. A tymczasem szkoda, bo Nelly wydała znakomity album, którym trzeba się zachwycać!
Przy okazji premiery tego albumu głównym tematem będzie nie to, jak jest dobry, a jak bardzo źle poradzi sobie na listach przebojów, listach sprzedaży i tak dalej. Nim jednak przejdę do moich odczuć przypomnę wszystkim narzekaczom: Nelly już nic nie musi. Nelly Furtado odniosła wielki sukces kilka lat temu. Najpierw debiutancki album i dwa przeboje, później krążek Loose i międzynarodowa kariera. Teraz Furtado tworzy to, na co ma ochotę, dla najbardziej zagorzałych i wytrwałych fanów. I takim oto fanem jestem ja.
The Spirit Indestructible wydane w 2012 był doskonałym albumem, który kocham do dziś i do którego bardzo często wracam. Na All About Music w 2012 ogłosiłem go najlepszym albumem roku. Pokonał m.in. wydawnictwa Christiny Aguilery, Alicii Keys czy Loreen. I nadal to podtrzymuję.
The Ride raczej na sam szczczyt podsumowania 2017 roku nie dobrnie, ale będzie wysoko. To wydawnictwo gdzieś sąsiadujące z kierunkami obranymi na TSI, ale bardziej prywatne, nastrojowe i „mniejsze”. Zawiera dwanaście róznorodnych kompozycji, począwszy od dynamicznych i absurdalnych jak Cold Heart Truth czy Stick and Stones, idąc do szalonych Palaces czy Life, a kończąc na intymnej balladzie Phoenix.
Ja osobiście „połknąłem” to wydawnictwo w całości. Pokochałem od samego początku, od pierwszego wydanego utworu-singla, kończąc na pełnej premierze 31 marca. Nelly po raz kolejny udowodniła mi, że jest artystką, którą warto śledzić i której warto być fanem. Uwielbiam początek krążka, gdzie Cold Heart Truth idealnie współgra z Flatline. Uwielbiam szalone Stick and Stones czy optymistyczne Live. I w końcu uwielbiam wolnopłynące, „rozlazłe” i leniwe Pipe Dreams i Tap Dancing. Z całej dwunastki ciężko wybrać faworytów i w każdym z kawałków znalazłem coś dla siebie – ale na potrzeby tej recenzji, gdybym miał wskazać to byłyby to utwory Pipe Dreams, Live, Stick and Stones oraz Palaces.
Album ten mimo, że nawiązuje i kontynuuje dźwięki z The Spirit Indestructible to jednocześnie brzmi jak wydawnictwo jakiegoś świeżego debiutanta, który nie boi się eksperymentować z nowymi dźwiękami, elementami produkcji i szalonymi hookami. Nelly jak nigdy brzmi pewnie, szczerze i rozsądnie. Każdy utwór ma coś w sobie, jakby cząstkę samej Furtado. Tu nie ma myślenia o komercji, nie ma produkowania i tworzenia kompozycji z myślą „czy będą dobrze brzmiały w radio” albo „czy mają standardową budowę, zwrotkę refren zwrotkę refren” i tym podobne. To szósty album artystki, która wszystkie wielkie sukcesy ma już za sobą, która może eksperymentować, bawi się muzyką, czuć się swobodnie i bez ciśnienia. I słychać to w każdej piosence. Droga Christino Aguilero, Alicio Keys czy P!nk – bierzcie przykład. Czy nawet Shakiro. Każda z Was odnosiła sukcesy podobne do Nelly i wcale nie trzeba już mieć ciśnienia na kolejne hity, sukcesy i nie wiadomo co. Można postawić na zabawę (co przydałoby się Alicii), eksplorowanie nowych terenów (co przydałoby się wydającej bez przerwy to samo P!nk) i tym podobne (czy też zdanie dedykowane Christinie Aguilerze: można by wydawać muzykę, po prostu).
The Ride Nelly Furtado to album znakomity. Nowe wydawnictwo artystki godne jest dania mu szansy – przesłuchajcie go raz, albo dwa razy. Nie odniesie sukcesów, nie podbije list przebojów, ale może podbije Wasze serca (albo uszy)? Dajcie mu szansę.

