Vixen – Vixtoria (2016), recenzja Michała Szuma

1
604

Cykle składające się z ciągłych upadków i powrotów na nogi są nieodłączną melodią naszych codzienności. Życie zawodowe, wątki miłosne czy pasje poprzeplatane są hossami i bessami niczym fabuła w wenezuelskiej telenoweli. Zawsze jest jednak taki punkt zwrotny, po przekroczeniu którego dołki są mniej głębokie, a szczyty sięgają jakby wyżej. Awans w pracy, stały związek, przełomowa płyta w dyskografii – brzmi znajomo? Historia zna miliony takich przypadków.

Poczuć wreszcie smak Vixtorii

Niestety rynek muzyczny jest o tyle brutalny, że nawet gdy ściskasz w ręku przepis na sukces, nie gwarantuje ci to pewnego miejsca w panteonie. Szczegółowo snuty plan, wielkie przygotowania i efekt finalny to jedno, ale jest jedna mała rzecz, która jest poza kontrolą i to ona gra główną rolę w przedstawieniu zwanym życiem. Ta pani ma na imię „szczęście”. Bo jak inaczej, jeśli nie brakiem tej odrobiny farta, wytłumaczyć fakt, że artysta pokroju Vixena wciąż ledwie oblizuje nóż z mainstreamowego tortu?

Analizując Vixtorię, czyli najnowsze dzieło rapera, można dojść do kilku wniosków. Po pierwsze: Darek jest w ścisłej czołówce jeśli mowa o lirycznych labiryntach znaczeniowych. Przy okazji konceptu Loco Tranquilo, kiedy skala kontrastu była siłą rzeczy nieco szersza, było to widać jeszcze dobitniej, ale najnowszy album nie odstępuje w znaczny sposób od poprzedniczki. Abstrakcja pojedynczych zwrotek sięga tak daleko, że ilość sensów danego tekstu może sięgać liczby dwucyfrowej. Przykład?

„Nie mów mi co i jak mam robić bo i tak zrobię na odwrót
Jak i co ram robić bo odwrót zrobię tak swojemu po powrót
Twoje życie wygląda jak wers powyżej brat a chcesz mnie uczyć budowy zdań?
Coś jest tu chyba nie tak?
Jak szukasz drogi to chyba nie ta”

Innym ważny wniosek po przesłuchaniu Vixtorii mówi o wszechstronności tematycznej Vixena. Teksty nie są napisane „na jedno kopyto”, bo właściwie każdy z nich mówi o czymś zupełnie innym. To trochę paradoksalne, bo mimo tego, że piosenki są w znacznej większości stworzone z perspektywy pierwszej osoby, można je podzielić na dwa rodzaje: jedne z nich są uniwersalnymi spojrzeniami na pewne sprawy, z którymi każdy może się utożsamić (Vixtoria, Smart Fucking Phone, Romantyczna Miłość czy Kominek); drugą stronę medalu stanowią natomiast numery o nieco zawężonym gronie bezpośrednich odbiorców. I nie chodzi tu bynajmniej o to, że tylko nieliczni je zrozumieją, lecz o docelowych ludzi mogących powiedzieć: to właśnie ja. Te utwory to chociażby Nie Szukam Poparcia, Falala czy Charlie Chaplin.

Ciężko przejść obojętnie także obok bitów zawartych na Vixtorii. Banałem byłoby napisanie, że każdy jest wyjątkowy i wspaniały, dlatego lepszym wyjściem będzie skupienie się na dwóch wybranych, aby następnie w szerszym kontekście spojrzeć na resztę.

Tytułowa Vixtoria to niezwykle majestatyczny track, będący kopem motywacyjnym dla każdego, kto uważa że wiecznie nie ma czasu, że coś go ogranicza lub urodził się w złym miejscu. Muzyka nie jest typowym tłem dla tego rodzaju tekstów, bowiem brak jej optymizmu potrzebnego do ruszenia czterech liter. Jest w niej natomiast dużo przestrzeni, miejsca na przemyślenia i swobodną kontemplację, co biorąc pod uwagę warstwę liryczną stanowi fajne pole do popisu dla słuchacza. Brak tutaj zdecydowanych akcentów rytmicznych, mogących nieco zaburzyć przekaz, dlatego w większości rytm opiera się na basie i linii melodycznej. Podobnie sprawa ma się w paru innych przypadkach, do których należą Romantyczna Miłość, Same Shit oraz Pani Paczka.

Druga grupa bitów to te ze zdecydowanie mocniejszą dawką bum-bapów i podobnych historii. W tej materii zdecydowanie bryluje kawałek Dwie Siły, który notabene zaczyna się od mocnego puknięcia, co już może sugerować jego odmienny charakter. W połączeniu z gitarą elektryczną brzmi to bardziej rockowo niż rapowo, ale nie stanowi to większego problemu. W końcu Vixen to z jednej strony stonowany tranquilo, a z drugiej – charyzmatyczny loco. Dlatego też mamy w ogóle do czynienia z tymi mocniejszymi fragmentami płyty, takimi jak Smart Fucking Phone, Duszy czy Krok.

I mimo, że wyżej wspomniane podkłady został wyprodukowane przez różnych producentów (choć w większości przez samego Vixena), wszystko to brzmi naprawdę spójnie. Brak na Vixtorii upadków, a wzloty są na tyle dobrze wyważone, że ciężko również wybrać którekolwiek z utworów jako te najlepsze. To co – czas na przełom, domek w górach i kominek, panie Darku? Tego życzę! No i szczęścia, bo na Titanicu wszyscy byli zdrowi, a zabrakło im właśnie odrobiny farta.

1 KOMENTARZ

  1. Zwykle nie słucham tego typu muzyki, ale tą płytą Vixen kupił mnie całkowicie :) A recenzent ma świetny styl pisania, aż miło się czyta :)

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.