Taylor Hawkins – KOTA (2016), recenzja Dominiki Mrówczyńskiej

0
193

Kojarzycie Taylora Hawkinsa? To ta blond czupryna, która w zespole Foo Fighters całkiem nieźle uderza w bębny, a poziom jej scenicznego ADHD jest zaraz za levelem osiąganym przez Grohla. W trakcie, kiedy FF ujawniają miejsca i daty przyszłorocznej europejskiej trasy koncertowej, swój solowy minialbum wydał właśnie Hawkins. Tym razem nie pojawia się na nim jedynie w roli perkusisty, a także np. w partiach wokalnych. Ciekawy projekt, prawda?

Tak właśnie mogłoby się wydawać zważywszy na dorobek muzyczny Hawkinsa. Kilkanaście lat spędzonych w Foo Fighters, współpraca z grupą Coheed and Cambria, czy Alanis Morissette, a także własny band Taylor Hawkins and the Coattail Riders, mający w swojej dyskografii dwa krążki. Jednak słuchając pierwszego, nazwijmy to „debiutanckiego” albumu Hawkinsa odnoszę wrażenie, że czegoś w nim brakuje.

Te 6 utworów posiada swój określony styl, bliski typowemu graniu spod znaku Foo Fighters. Problem pojawia się w momencie, kiedy z kompozycji chce się wyciągnąć coś więcej niż rytm i wpadające w ucho melodie. Otwierające krążek KOTA Range Rover Bitch mogłoby spokojnie znaleźć się na płycie FF, nawet w wykonaniu Hawkinsa.  Jest to najlepszy, a tym samym najbardziej wyraźny utwór tego mini albumu. Może trochę zbyt dużo w nim mieszaniny różnych styli muzycznych. Na szczęście z tego chaosu da się wyciągnąć ciekawe brzmiącą gitarę prowadzącą. Niestety później pojawia się Bob Quit His Job. Tytuł na miarę garażowych bandów, których sensu tekstów piosenek nikt nie rozumie. Jednak poza rozpędzonym tempem piosenki, wiążącej się z odrobiną szaleństwa, nie można powiedzieć, że jest czymś odkrywczym.

Nieco lepiej wybrzmiewa Southern Bells. Przejmująca władzę nad utworem gitara nadaje mu nietuzinkowy charakter. Tym razem zawodzi jednak wokal – zbyt krzykliwy i nad wyraz głośny, niedający przebić się muzyce. Rudy to kolejny utwór, z którego aż kipi energia i brzmienie Foo Fighters, szczególnie w partiach zwrotek. Natomiast Tokyo No No wprowadza szczyptę brzmienia progrocka, dzięki czemu kompozycja delikatnie wyróżnia się na tle całego albumu. Na koniec pojawia się I’ve Got Something Not Being Around You to Do Today, którym wracamy do kalifornijskiego rocka.

Szczerze mówiąc, nie wiem dlaczego w Hawkins’owej głowie narodził się pomysł na solowy album. Może nie należy on do tych bezwartościowych, ale jednocześnie nie wnosi do muzyki nic nowego, czy nie wiadomo jak interesującego, żeby skupić na nim uwagę dłużej niż kilka przesłuchań. Tyle w zupełności wystarczy, aby wczuć się w klimat muzyki proponowanej przez Hawkinsa. Później KOTA odchodzi niestety w zapomnienie.